piątek, 3 czerwca 2016

Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows (Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia) - recenzja


Gdybym miał dwanaście lat to pewnie oszalałbym na punkcie tego filmu. Krytykowanie nowego wcielenia Żółwi Ninja z perspektywy dorosłego odbiorcy, wytykanie im infantylizmów, głupotek fabularnych, pretekstowej historii, przewidywalnego finału oraz efekciarstwa i tandeciarstwa, ma tyle samo sensu, co marudzenie, że w „Szczękach” jest słabo zarysowany wątek obyczajowy. Przecież nic w tym filmie nawet przez moment nie udaje, że miał być czymś więcej jak „tylko” wysokobudżetową produkcją zrobioną z myślą o młodych chłopcach. A młodzi chłopcy chcą konkretu. Film ma być dynamiczny, zabawny, ma obfitować w pomysłowe sceny akcji, to nic, że ignorujące śladowy nawet realizm i zdrowy rozsądek, a bohaterowie powinni mieć do tego zróżnicowane charaktery, żeby każdy dzieciak znalazł „swojego żółwia”. I do cholery jest.

Pewnie, że postacie mają osobowości ciosane kilofem, ale tacy też byli w serialu animowanym z ubiegłego stulecia. Wtedy nam to nie przeszkadzało, bo trafialiśmy w odpowiednią grupę wiekową, teraz możemy patrzeć na to z sentymentem i pozwolić ponieść się konwencji, albo marudzić na „zrujnowane dzieciństwo”. Dzieciństwo nie jest zrujnowane, stary animowany serial i filmy kinowe są dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy, czyli w naszych wspomnieniach, których lepiej nie ruszać i ich nie odświeżać, bo może to się źle skończyć. Dla wspomnień, rzecz jasna. A marka po prostu ewoluowała, żeby dostroić się do potrzeb współczesnej widowni i zrobiła to całkiem zgrabnie.

Film ma niezłe tempo, fajnie dobrane utwory muzyczne, jest dobrze zrealizowany, tak technicznie jak i koncepcyjnie, obfituje w fajne pomysły, czasem bezczelnie podkrada jednak od „dojrzałej” konkurencji, bawiąc się na przykład stylistyką znaną z „Ocean’s Eleven”. No i bawi, nawet i dorosłych odbiorców. Oczywiście większość dowcipów i słownych przekomarzanek można określić mianem „gówniarskich”, bo tylko dzieciarnia będzie zaśmiewać się w kułak, ale po pierwsze, to nie jest poziom niestrawnej żenady znany z Transformersów, patrzy się na to bezboleśnie, a nawet z lekką sympatią, a po drugie, nie brakuje momentów, gdy dołączamy do młodszych odbiorców i delikatnie uśmiechamy się pod nosem.

I w sumie na tym można by zakończyć, bo nie ma specjalnie nad czym się dalej rozwodzić. „Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia” to sympatyczne i bezpretensjonalne kino rozrywkowe przeznaczone dla młodszej widowni. Przyjemnie się na to patrzy, fabuła nie ma wprawdzie większego sensu, ale nie przeszkadza to w seansie, bo pomiędzy zmutowanymi braćmi jest chemia (w czym zasługa przede wszystkim aktorów użyczających im głosów), na ekranie ciągle coś się dzieje, a twórcy bez oporów sięgają po najbardziej „obciachowe” motywy z kreskówki (zmutowany nosorożec i świniak w roli bandziorów oraz gadający różowy móżdżek jako Mistrz Zła z Wymiaru X) i przenoszą je na duży ekran. Nie jest to coś, do czego miałbym ochotę regularnie wracać, ale jako dzieciak niewątpliwie pokochałbym film bezgranicznie, a chyba o to właśnie chodziło.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza