środa, 3 sierpnia 2016

Suicide Squad (Legion samobójców) - co poszło nie tak?


Zasmucony patrzę na pierwsze - w większości negatywne - recenzje „Suicide Squad”. Nie spodziewałem się drugiego „Deadpoola”, ale jednak miałem nadzieję, że to będzie fajne i przyjemne w kontakcie wakacyjne patrzydło do obejrzenia bez uczucia żenady. I kto wie, może będzie, do kina wybieram się dopiero w weekend. Nawet jeżeli okaże się, że krytyka jest przesadzona (a widzę na Filmwebie, że Łukasz Muszyński wystawił 2/10, czyli jest ostro) to nie zmieni to faktu, że kolejny film DC powszechnie zebrał baty i zapewne wkrótce stanie się kolejnym obiektem złośliwych żartów.

Aż dziwne, zważywszy na ilość energii przelanej w projekt i poświęcenia ze strony aktorów. Bo reżyser (David Ayer) znany jest z tego, że lubi swoich aktorów nieco sponiewierać psychicznie. Przed realizacją urządza z nimi długie wielogodzinne rozmowy, podczas których wyciąga informacje o życiu osobistym, co później wykorzystuje na planie, żeby wprawić podwładnych w odpowiedni stan rozbawienia, wkurzenia, rozpaczy, przerażenia lub wyczerpania psychicznego. Aktorzy przygotowując się do ról w „Suicide Squad” wykonywali dość niecodzienne rzeczy jak na letni komiksowy blockbuster. Cara Delevingne biegała nago po lesie wyjąc jak wilk. Sporo czasu spędzała również w hotelowej saunie, gdzie czasem można było ją zastać na podłodze, pełzającą w kierunku innych gości, wydając z siebie przy tym dziwaczne dźwięki. Adewale Akinnuoye-Agbaje wcielający się w pożerającego ludzi Killer Croca, godzinami słuchał nagrań z japońskim kanibalem Issei Sagawą.

Joel Kinnaman dostał natomiast kolekcję tajnych wojskowych filmów (Ayer pływał kiedyś na łodzi podwodnej uzbrojonej w ładunki nuklearne), które określił mianem „przerażającego gówna, którego nigdy w życiu by nie obejrzał, gdyby nie rola Ricka Flaga”. Od reżysera najczęściej słyszał na planie: „postaraj się, żeby ciebie nienawidził odrobinę mniej”. Jeżeli dopytywał się, co w danej scenie czuje jego postać, w odpowiedzi otrzymywał: „Niczego nie czujesz, jesteś pozbawionym osobowości aktorem. Po prostu zrób swoje sztuczki z twarzą”. Później tłumaczył, że w tamtej scenie aktor miał być zmieszany i wściekły, więc zadziałało


O tym, co odwalał Jared Leto, wcielający się w Jokera, nie będę za bardzo się rozpisywać, bo do wieczora bym nie skończył. Dość powiedzieć, że na długo odciął się od ekipy i reszty świata, poświęcając ten czas na czytaniu książek o szamanach oraz słuchaniu muzyki gospel z lat 20. Gdy już powrócił do świata żywych, zaczął bawić się w gierki z resztą ekipy. Smith otrzymał od niego kule do pistoletu. Ktoś z ekipy technicznej dostał martwego wieprza. Jim Parrack, grający pomagiera Jokera, dostawał od aktora różne "luźne" zadania do wykonania, typu - pomalowanie róży na czarno albo wypełnienie plecaka dziewięciocalowymi gwoździami. Margot Robbie, czyli Harley Quinn, dostała natomiast czarnego szczura z białymi łapkami. Szczur trafił później do Jaia Courtney'a, który zaś przekazał go jednej z garderobianych. Zwierzę ostatecznie wylądowało u... Guillermo del Toro. Krążyły jeszcze opowieści o zużytych prezerwatywach rozsyłanych pocztą.

I tyle zachodu żeby zrobić kolejny nieudany wakacyjny film? Dziwne. Ciekawe co zawiniło - reżyser czy też studio, które najpierw łaskawie pozwoliło mu zaszaleć, a później przestraszyło się, że odbije im się to czkawką i zaczęło się mieszać w realizację. Sądząc po artykule opublikowanym dziś w The Hollywood Reporter winić należy przede wszystkim studio. Problem zaczął się już na samym początku, czyli w zbyt optymistycznej dacie premiery, którą ogłoszono w październiku 2014. Pociągnęło to za sobą całą serię międzynarodowych umów z których wyplątywanie się byłoby zbyt kłopotliwe. Ayer musiał się wyrobić i koniec, więc scenariusz machnął w 6 tygodni. Przez długi czas nie wchodzono mu później w drogę, bo „Suicide Squad” miał być małym projektem, odskocznią od gigantycznej produkcji „Batman v Superman: Dawn of Justice”. Film Zacka Snydera miał być buldożerem, który wyznaczy ścieżkę dla całego filmowego uniwersum, a produkcja Ayera jedynie swoistą fanaberią, zabawną historią w której nie pokłada się nadziei na oszałamiające wyniki finansowe, ale za to liczy na aktywizację fanów i przyzwyczajenie odbiorców do istnienia nowego rozbudowanego komiksowego świata na dużym ekranie. Później jednak stała się tragedia - „Batman v Superman” miało premierę. Dobrze wiemy z jakim odbiorem spotkał się film Snydera. I wtedy ludzie z Warnera wpadli w panikę, „Suicide Squad” stał się nagle tytułem priorytetowym, produkcją, która ma udowodnić, że w ich filmowym uniwersum jest potencjał.

Problem w tym, że gotowy film Ayera nie do końca spełniał obietnicę złożoną w zwiastunach, które sugerowały popieprzoną, zabawną, radosną historię, podczas gdy gotowy produkt był opowieścią o wiele bardziej ponurą niż to mogła sugerować kampania reklamowa. Więc podczas gdy reżyser montował swoją wersję filmu, studio Warner zgłosiło się do firmy Trailer Park (odpowiedzialnej za zwiastuny filmu) i zleciło im zmontowanie własnej wersji, klimatycznie bliższej kampanii reklamowej i upstrzonej popowymi piosenkami. Obie wersje pokazywano następnie podczas kolejnych pokazów testowych. Próbowano znaleźć złoty środek potrzebny do zmontowania finalnej wersji, łączącej zarówno wizję Ayera, jak i lekki ton narzucony przez Trailer Park. Wymagało to wydania kolejnych milionów dolarów na dokręcenie dodatkowego materiału, którym zlepiono obie wersje w całość. Reżyser pod koniec procesu był wyczerpany psychicznie i fizycznie. Czy było warto? Wielu recenzentów oczywiście wytyka teraz niespójność stylistyczną filmu, co nie jest specjalnie zaskakujące, bo takie paniczne łatanie historii i zmienianie w ostatniej chwili koncepcji całego projektu rzadko kiedy kończy się dobrze...

0 komentarzy:

Prześlij komentarz