poniedziałek, 15 maja 2017

Alien: Covenant (Obcy: Przymierze) - recenzja


Zanim przejdę do recenzji filmu „Obcy: Przymierze” muszę się do czegoś przyznać. Lubię „Prometeusza”. Serio. Oczywiście dostrzegam jego liczne wady, przede wszystkim – kretyńskie zachowania bohaterów. Ridley Scott wykazał się jednak pewną odwagą, bo nie spełnił oczekiwań widowni (czyli kolejnego filmu o xenomorphach wyrzynających ludzi), a zamiast tego postawił na coś, czego w wysokobudżetowym kinie sci-fi nie dostajemy już zbyt często – opowiedzianą z rozmachem opowieść o odkrywaniu nieznanego świata, zadającą fundamentalne filozoficzne pytania, ale niespieszącą się z udzielaniem odpowiedzi. Film jest pięknie nakręcony, zdjęcia Dariusza Wolskiego cieszą oczy, efekty wizualne wciąż prezentują się bardzo dobrze, dbałość o różne detale, opowiadające widzowi o świecie przyszłości, jest godna pochwały, obsada zacna, a historia interesująca. No, tak do połowy filmu, który zaczyna rozczarowywać, jak tylko akcja się rozkręca, a na scenę wchodzą różne pozaziemskie formy życia. Od tamtego momentu scenariusz często bywa idiotyczny, postacie zachowują się kretyńsko, a klimat przygody, ekscytacja z odkrywania czegoś nowego i wiszące w powietrzu filozoficzne pytania, gdzieś ulatują, pozostawiając odbiorcę z poczuciem niesmaku.

„Obcy: Przymierze” miał to wszystko naprawić. Film miał kontynuować wątek istot, które stworzyły ludzkość, ale zarazem powrócić do korzeni serii, czyli surwiwalu i grozy. Scott obiecywał, że tym razem fani dostaną dokładnie to, czego oczekują po filmie z Obcym w tytule. Nie wiem, czy łgał bezczelnie, czy też zwyczajnie już nie rozumie, co stanowiło o sile serii zapoczątkowanej przez niego kilka dekad temu. Początkowo nie jest to jeszcze oczywiste, bo wzorem „Prometeusza”, zanim zacznie się „coś” dziać, reżyser całkiem sprawnie uwodzi odbiorcę początkowymi scenami. Ekran tytułowy, z kawałkami liter powoli układającymi się w tytuł filmu, rodzi właściwe (przyjemne) skojarzenia. Znowu cieszy dbałość o detale, strona wizualna (piękna jest scena rozkładania „żagli”, które mają zbierać energię słoneczną potrzebną do naładowania statku) i jakość wykonania. Wszystko powyższe będzie później chronić odbiorcę przed upadkiem w otchłań zupełnej rozpaczy, która go dopada, gdy film zaczyna się „rozkręcać”.


Jedno trzeba oddać Scottowi, znów wykazał się odwagą i pewną przewrotnością. Opierając się na materiałach promocyjnych i różnych wypowiedziach reżysera oraz aktorów, nie spodziewałem się tego, jak szybko niektóre postacie zginą (jeden przykład jest dość ekstremalny), nie spodziewałem się również tego, kto pozostanie przy życiu praktycznie do samego końca. Przewrotne jest natomiast jak bezceremonialnie potraktowano wiele wątków z „Prometeusza”, których rozwinięcia należało się spodziewać w kolejnym filmie. Z większością decyzji fabularnych w tej kwestii mam większy lub mniejszy problem, ale w pewnym stopniu cieszy mnie, jak zdawkowo je tutaj opowiedziano, wiele pozostawiając wyobraźni widza. Obawiam się jednak, że wynika to z chęci przedstawienia całej historii w kolejnym filmie, który ma być bezpośrednim sequelem „Prometeusza”, a zarazem prequelem recenzowanego tutaj filmu (współczesne Hollywood w jednym pokrętnym zdaniu). Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, a Scott pozostawi wątek Davida i Elizabeth w spokoju. A najlepiej, to jakby zostawił już w spokoju serię, bo jak na razie to im więcej babrze się w tej historii, tym większe zniszczenia pozostawia za sobą.

Nie chciałbym wdawać się tutaj w zbytnie szczegóły, żeby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale wychodząc z kina czułem się zdruzgotany tym, jak w filmie potraktowano xenomorphy i genezę ich powstania. Przez całą druga połowę filmu czułem, jak coś we mnie powoli umiera ze smutku, to był zapewne mały zarodek czarnego anioła śmierci, perfekcyjnej maszyny do zabijania, o której nie wiedzieliśmy dotąd zbyt wiele, przez co była taka fascynująca. Scott natomiast w nowym filmie umiejscowił ich w scenach tak żenujących (pierwsze „tradycyjne” narodziny, ech...), ograbiających ich z całego uroku wynikającego z drapieżnej i nieprzewidywalnej natury, że ciężko będzie to teraz wyrzucić z pamięci. Ich zachowanie często przeczy logice, biologii oraz temu, co sam Scott stworzył w pierwszym filmie z serii.

Obiecywano, że tym razem więcej będzie grozy i przemocy. Rzeczywiście, chwilami jest bardzo krwawo. Szkoda tylko, że jest to zrobione bez smaku, jakiegoś stylu i wyczucia klimatu. Flaki na wierzchu nie czynią filmu od razu lepszym, w tym konkretnym przypadku raczej rodzą skojarzenia z kinem eksploatacji i mnie osobiście to chwilami nawet bawiło, a chyba nie o to chodziło twórcy. O grozie natomiast ciężko pisać, bo występowania takowej, w śladowej nawet ilości, nie stwierdziłem. Gdy w końcówce filmu złapałem się na tym, że klasyczne dla serii starcie z kosmitą w wąskich korytarzach, nie wywołuje we mnie nawet grama emocji, zrobiło mi się potwornie (hehe) przykro. Machinalne, pozbawione serca i twórczej energii, powielanie schematów, które ogląda się bez zainteresowania.


Film znośnym czynią jedynie pojedyncze pomysły fabularne, różne drobne elementy, które potrafią na chwilę rozpalić serce odbiorcy. Niewątpliwym plusem jest również jakość wykonania, która sprawia, że przynajmniej patrzy się na to wszystko dość przyjemnie, no i jeszcze Michael Fassbender, tym razem w podwójnej roli. David był najciekawszą postacią w „Prometeuszu”. Poświęcono mu zdecydowanie najwięcej uwagi przy pisaniu scenariusza, uczyniono bohaterem świetnej viralowej kampanii, a w samym filmie okazał się być intrygującą i niejednoznaczną postacią. Jego chęć zrozumienia swoich stwórców, stanowiła zarazem odbicie motywacji napędzającej działania ludzkich bohaterów. Jednocześnie okazał się być też głównym mącicielem, który zainicjował tragiczny w skutkach ciąg wydarzeń i pod koniec filmu było pewną niewiadomą, jakie będą jego dalsze relacje z Elizabeth Shaw. W kontynuacji szybko staje się jasne, że jest zwyczajnie szalony i chociaż nie wszystkie motywacje jego działań są w pełni jasne, to jednak stracił sporo uroku, snute przez niego dywagacje filozoficzne są niezbyt zajmujące, a do tego niełatwo jest wybaczyć fakt, że to właśnie z nim wiąże się najwięcej kontrowersyjnych decyzji dotyczących xenomorphów. Co nie zmienia faktu, że Fassbender to klasa i wycisnął z tego materiału tyle, ile mógł. A niektóre wspólne sceny z udziałem jego brata są… no cóż, niczego nie będę zdradzać, ale za jakiś czas internet będzie mieć z tym sporo zabawy.

Tekst wyszedł przydługawy, więc jeżeli ktoś jest niecierpliwy i przeskoczył do ostatniego akapitu, w nadziei, że dowie się z niego, czy warto – otóż, nie warto. Serio, nie idźcie na to do kina. Scott stworzył prawdziwe monstrum, które opróżnia portfele i bezlitośnie łamie fanowskie serca. Kiepski interes.

1 komentarz:

  1. Nic dodać nić ująć.
    Świetna recenzja, punktująca całą beznadzieje tego filmu.

    OdpowiedzUsuń