niedziela, 11 czerwca 2017

Children of Men (Ludzkie dzieci) - recenzja


Od premiery „Ludzkich dzieci” minęło już ponad dziesięć lat. I nic się nie zmieniło - wciąż pozostaje najlepszym filmem science-fiction zrealizowanym w tym stuleciu. Jeżeli coś się zmieniło to jak bardzo ta historia zbliżyła się do rzeczywistości. W czasach Brexitu, napływających do Europy nielegalnych imigrantów oraz wiadomych poglądów politycznych obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaprezentowana przez Alfonso Cuarona (a oparta na powieści P. D. James) ponura wizja Anglii odcinającej się od reszty świata, niechcianych uchodźców kiszących się w zrujnowanych obozach oraz pogłębiających się różnic społecznych prowadzących do przemocy, okazuje się być przerażająco prorocza. „Ludzkie dzieci” zabierają nas w przyszłość do świata bez przyszłości. Dosłownie, bo ostatnie dziecko urodziło się osiemnaście lat wcześniej, będąc owocem ostatniej donoszonej ciąży, większość z nich kończyła się wtedy wczesnym poronieniem, później już ludzie po prostu nie byli w stanie spłodzić dziecka. Koniec gry, matka natura przerwała eksperyment zwany ludzkością, a (cytując graffiti widoczne w filmie) „ostatni, który umrze jest proszony o zgaszenie świateł”.

                                 Uwaga! Poniżej zdradzam istotne elementy fabuły filmu.
Z całą pewnością przygotowany jest na to główny bohater, zmęczony życiem, rozczarowany ludźmi, noszący w sercu tragedię sprzed lat, pasywny, sarkastyczny, cyniczny – Theo (Clive Owen). W świecie pozbawionym nadziei, zdarza się jednak cud, ciężarna kobieta, która musi zostać dostarczona w bezpieczne miejsce, a pomóc w tym może właśnie Theo. Błogosławiony stan dziewczyny jest cudem, ale szybko staje się jasne, że rodzi to wiele zagrożeń. Brytyjski rząd, stosujący ostrą politykę wewnętrzną, nawołujący do denuncjowania imigrantów, stojący na czele państwa, które jest praktycznie rządzone przez policję, w żadnym wypadku nie przyzna, że pierwsze dziecko od osiemnastu lat będzie należało do nielegalnej imigrantki, która nawet nie potrafi powiedzieć z kim zaszła w ciążę. Wspierająca imigrantów grupa brytyjskich terrorystów, do których zgłosiła się dziewczyna, również jest podzielona w tej sprawie. Liderka uważa, że trzeba się dziewczyną zaopiekować i oddać w odpowiednie ręce, wielu kolegów jednak uważa, że nie należy ciężarnej „oddawać”, bo dziecko przydałoby się później do celów propagandowych. Polityka, wewnętrzne waśnie, spiski i zdrady, a w środku tego młoda dziewczyna, może niespecjalnie niewinna, bo mająca swoje za uszami, wychowana przez ulicę, co słychać w jej wypowiedziach, ale jednak zagubiona w całej sytuacji, rozpaczliwie poszukująca osoby, której będzie mogła zaufać.


„Ludzkie dzieci” to film imponujący od strony technicznej. Oparty na długich ujęciach, przenosi widza w sam środek wydarzeń, zachwycając skomplikowaniem kolejnych scen. Większość filmu jest niespiesznie przerywana cięciami montażowymi, ale trzy dłuższe sekwencje szczególnie mocno zapisują się w pamięci. Pierwsza jest zarazem sceną otwierającą film, w której dowiadujemy się z telewizji o zabójstwie najmłodszego chłopaka na ziemi, co sprowokowało rozszalały tłum do brutalnego rozprawienia się z mordercą. W tragiczną wiadomość wsłuchują się klienci małej kawiarni, na ich twarzach widać rysujące się przerażenie i rozpacz, jakby miało to oznaczać, że życie ludzkości będzie teraz krótsze o te kilka miesięcy. Przeciska się przez nich Theo, niewzruszony informacją. Gdy wychodzi na zewnątrz, poznajemy Londyn z połowy przyszłej dekady, tak naprawdę niewiele różniący się od tego dzisiejszego, tylko nieco brudniejszy, z wszechobecnymi workami wypełnionymi śmieciami, których nie ma komu uprzątnąć oraz lekko ulepszoną technologią. Theo odchodzi na kilkanaście metrów, przystaje na chwilę, żeby dolać alkohol do kawy i nagle - za jego plecami - wybucha kawiarnia, rozpoczyna się chaos, w uszach piszczy, a na ulicę wychodzi zszokowana kobieta, trzymająca swoją urwaną rękę. Wszystko to na jednym ujęciu. Cięcie, widzimy planszę tytułową, witamy w przyszłości, bez przyszłości.

Nie dowiemy się kto odpowiadał za atak. Być może wspomniana grupa terrorystyczna, ale liderka twierdzi, że już tego nie robią, nie zabijają cywilów, przestali po głośnej akcji w Liverpoolu. O tamtej również więcej nie usłyszymy, bo Cuaron nie jest zbyt skory do zasypywania odbiorcy informacjami, wszystkie dawkuje ostrożnie i bardzo oszczędnie. I słusznie, bo w tym świecie nie są one potrzebne, szybko staje się jasne, że rzeczywistość opiera się na odcieniach szarości, a nic co człowiek zrobi nie ma już znaczenia, bo za 100 lat i tak nie będzie nikogo, kto mógłby to docenić albo zganić. Niektórzy popadają w apatię, inni próbują się skupiać na dnie obecnym, próbując znaleźć sobie jakieś zajęcie zanim ktoś w końcu „zgasi światła”. Warto dodać, że scenę wybuchu bomby nakręcono w Londynie zaledwie kilka tygodni po lipcowym zamachu terrorystycznym w roku 2005. Zdeterminowany Cuaron zdołał otrzymać pozwolenie na to.


Druga z wspomnianych trzech sekwencji ma miejsce jakieś 30 minut później. Theo jedzie autem (zwróćcie uwagę na to, że samochody w tym filmie nie są futurystyczne, przypominają obecnie produkowane, ale nie są to modele dostępne w sprzedaży, no i rzecz jasna korzystają z podrasowanej technologii) razem z kilkoma innymi osobami. Wygłupia się ze swoją byłą partnerką, Julian (Julianne Moore), której nie widział od 20 lat. Atmosfera jest niewinna, wręcz radosna, jest potencjał na to, że zerwane więzi zostaną odnowione, a dawna para zejdzie się ze sobą. I nagle rzeczywistość wrzuca wyższy bieg, droga zostaje zablokowana płonącym pojazdem, a samochód bohaterów zostaje zaatakowany przez bandę rabusiów, którzy próbują ich zabić. Jeden z bandytów podjeżdża na motorze i strzela w gardło Julian, kobieta się wykrwawia, a tym samym Cuaron bezceremonialnie wycina z filmu największą gwiazdę w obsadzie (z całym szacunkiem dla Owena, którego uwielbiam). Chwilę później Theo używa drzwi samochodu, żeby zrzucić bandytę z motoru razem z kierowcą jego pojazdu. Jakąś minutę później, zostaną jeszcze zatrzymani przez policjantów, których z zimna krwią zabije Luke (Chiwetel Ejiofor).

Planując realizację powyższej sekwencji, Cuaron rozważał pójście na kompromis i nakręcenie aktorów w aucie w pomieszczeniu z blue screenem, a całą resztę dodać komputerowo. Wyperswadował mu to operator (Emmanuel Lubezki), który uważał, że należy zachować dokumentalny styl filmu i nakręcić scenę w naturalnych warunkach, z promieniami słońca przechodzącymi przez szybę oraz roślinnością i napastnikami wchodzącymi w interakcję z pojazdem. W pełnym samochodzie jednak nie było miejsca dla operatora kamery, więc zdecydowano się na zbudowanie specjalnego mechanicznego wysięgnika, który wprowadzał ją przez dach, a żeby przesuwać ją następnie w środku pojazdu, aktorzy będący w danym momencie poza kadrem, byli przesuwani do tyłu razem z oparciami ich foteli. Cholernie skomplikowane, wymagające dużej organizacji i sporych przygotowań, ale końcowy efekt – piorunujący.

No i w końcu najlepsza scena filmu, blisko siedmiominutowe ujęcie z pola walki, z żołnierzami ostrzeliwującymi budynek, terrorystami walącymi do nich z karabinów i wyrzutni rakiet, czołgiem dokonującym wystrzału, niewinnymi cywilami padającymi ofiarą całego zamieszania oraz Theo pokonującym kolejne metry ogarniętej chaosem ulicy, a następnie przedzierającym się przez kilkupiętrowy budynek. Na realizację sceny zaplanowano czternaście dni. Pierwsze trzynaście poświęcono na zorganizowanie wszystkiego, przygotowanie potrzebnych elementów, staranne rozstawienie aktorów, statystów i ekipy technicznej oraz dokładne przećwiczenie z nimi tego, jak się mają zachowywać w danym momencie, gdzie pobiec, w którym kierunku patrzeć lub nie patrzeć, a kiedy paść trupem. Czternastego dnia nie było już miejsca na błędy, scena musiała być nakręcona, bo następnego dnia ekipa przenosiła się już w inne miejsce. Dwa pierwsze podejścia nie udały się, a jako, że przygotowanie wszystkich elementów do rozpoczęcia kolejnego ujęcia zajmowało aż pięć godzin, trzecie podejście było ostatnią szansą na zrealizowanie wizji Cuarona.


Ku rozpaczy reżysera, znowu się coś spieprzyło: gdy Owen przechodził przez zdewastowany autobus, jeden z zapalników wystrzelił za wcześnie i obiektyw kamery został zapaćkany kroplami sztucznej krwi. Zrezygnowany Meksykanin krzyknął: „cięcie!”, a przed oczami miał już wizję końca swojej kariery filmowej. Jego okrzyk zagłuszył jednak wybuch, ekipa nie usłyszała go, a Lubezki zdecydował się na zignorowanie nieprzemyślanej decyzji reżysera i kontynuowanie kręcenia sceny. Gdy już skończono, wszyscy zaczęli sobie gratulować i ściskać się, ale Cuaron sprowadził ich na ziemię, pokazując zapaćkany obiektyw. Lubezki popukał się w głowę i powiedział: „ty idioto, przecież to cud!”. I wtedy Alfonso zrozumiał, że wprawdzie nie wygląda to doskonale, ale zamiast tego scena zyskała na realizmie, a niedoskonałość wpisywała się w dokumentalny styl wizualny filmu.

Należy jeszcze dodać, że scena nie stanowi jedynie popisu kunsztu technicznego, bo prowadzi do bardzo istotnego momentu w filmu, gdy czas staje w miejscu. Płacz dziecka, którego ludzkość nie słyszała od kilkunastu lat, przerywa na chwilę orgię przemocy, bitewny chaos zostaje uciszony, żądza krwi i pompująca adrenalina biorą na wstrzymanie, a obie strony w zahipnotyzowaniu patrzą na niemowlę. Z transu wybija ich kolejny wybuch i obcowanie z cudem szybko traci na znaczeniu, bo w wojennej pożodze nie ma czasu na moment dłuższej refleksji i zachwytu nad czymś. Ludzkość być może otrzymała kolejną szansę, ale niewykluczone, że może tego nie dostrzec, będąc zbyt pochłoniętą wyniszczaniem siebie i najbliższego otoczenia.

„Ludzkie dzieci” okazały się finansową klapą, nie zebrały też worka nagród, widzowie początkowo przyjęli film chłodno, zarzucano mu zbyt posępny ton, ale tak naprawdę jest to przecież film o nadziei, o szansie na lepsze jutro, a także o znajdywaniu odrobiny radości nawet w tragicznym okresie (postać grana przez Michaela Caine’a). Otwarte zakończenie wprawdzie nie daje jasnej odpowiedzi, czy bohaterka trafiła w dobre ręce, ani tym bardziej, czy nie okazała się tylko pojedynczym przypadkiem, ale roześmiane dzieci słyszane w napisach końcowych sugerują, że może jednak nie wszystko jeszcze stracone.


1 komentarz:

  1. Bez wątpienia, majstersztyk kina s.f. Każdy seans przynosi piorunujące wrażenia. Wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Osobiście miałem wrażenie,iż trzecia z opisywanych tu scen ma klimat iście przypominający rozgrywkę w Half-Life. Fantastyczna sprawa. Pozostaje pytanie,czemu nikt w Polsce nie zdecydował się wydać tego arcydzieła na płytach blu-ray.
    Przy okazji,pozdrawiam autora zamieszczanych recenzji. Dobra robota.

    OdpowiedzUsuń