poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wonder Woman - recenzja


Dobrze, że ten film powstał i został dobrze przyjęty przez krytykę oraz widownię. W końcu szefowie dużych wytwórni filmowych nie będą mogli zasłaniać się przykładami filmów spartolonych u podstaw („Catwoman”, „Elektra”) i przedstawiać jako dowód na to, że widownia nie chce oglądać filmów z superbohaterkami. Niestety, nie mogę podpisać się pod zachwytami, bo „Wonder Woman” uważam za film przeciętny. Zacznijmy jednak od niezaprzeczalnego pozytywu, czyli Gal Gadot. Wiadome to już było po krótkim występie w „Batman v Superman”, ale solowy film tylko to potwierdza – Izraelka jest obsadowym strzałem w dziesiątkę. Wygląda zjawiskowo, jej uśmiech mógłby topić lodowce, zgrabne nogi hipnotyzują, a aktorka sprawnie balansuje pomiędzy byciem niewinną, naiwną idealistką, rzuconą w środek wojny, a przypominaniem widzowi o tym, że Diana jest osoba sprytną, posiadająca ogromną wiedzę, ale też hart ducha i nieprzeciętne umiejętności bitewne. W filmie jest zdecydowanie zbyt dużo slow-motion, ale nie przeczę, przyjemnie się patrzy na kolejne wymyślne wygibasy bohaterki, niestrudzenie piorącej szkopskie tyłki, biegającej po dachach i dźwigającej czołgi.

Problem w tym, że przygotowując się do realizacji „Wonder Woman” zapomniano o napisaniu scenariusza. Znaczy się jest, ale napisany tak, jakby ostatnie 30 lat komiksowych ekranizacji nie istniało. Nudna, schematyczna, sztampowa historia, której śledzenie wymaga cierpliwości i tolerancji dla banałów oraz zbędnych dłużyzn. Film się ciągnie jak nogi Gadot, ale obserwuje się go z nieporównywalnie mniejszą przyjemnością. Problem chyba leży w samej bohaterce, którą od zawsze uważałem za postać nieciekawą, swoistego Supermana w spódnicy (czy tam szortach), czyli harcerkę o nadludzkiej sile, wygłaszającej kazania o pokoju, równości i sprawiedliwości, a nokautującej głodnym kawałkiem o miłości. Podobne zdanie miałem jednak o Kapitanie Ameryce, a nie tylko zdołano wycisnąć z niego całkiem fajny film o genezie postaci, ale przebito to później dwoma kolejnymi, które stanowiły jedne z najlepszych pozycji, jakie wypluło studio Marvela. A więc można, trzeba mieć tylko pomysł, tutaj pomysłu nie było. Jest za to zachwyt, że zdołano zrobić przyzwoity film superbohaterski o kobiecie i ciągłe pałowanie się nad tym. No szok, rzeczywiście. Chyba dopiero „Captain Marvel” pokaże nam, że nie tylko można zrobić przyzwoity film o superbohaterce, ale nawet pomysłowy, atrakcyjny, wciągający, w skrócie – czadowy.

W „Wonder Woman” czadowa jest tylko Gal Gadot. Film miewa dobre momenty, różne pojedyncze fajne pomysły, czasem fabularne, czasem realizacyjne, ale wszystko to nieustannie grzęźnie w przeciętnym scenariuszu, kiepskich efektach specjalnych, do tego rozczarowują mało wyraziści przeciwnicy (nie bez przyczyny praktycznie nie istnieli w materiałach promocyjnych), a finałowe starcie wygląda jak finałowe starcia w dziesiątce innych komiksowych ekranizacji, czyli CGI do oporu, ale bez pomysłu, sensu i emocjonalnego zaangażowania ze strony widza. Zobaczyć, przeczekać, zapomnieć i ruszyć dalej z życiem.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza