środa, 16 maja 2018

The House That Jack Built - recenzja


Syn marnotrawny powrócił do Cannes. Nie stracił pazura – z premierowego galowego pokazu wyszło jakieś sto ludzi. Pierwsze recenzje zapowiadały dzieło odrzucające, chore oraz ekstremalnie brutalne. Lars von Trier wciąż potrafi narobić wokół siebie dużego szumu.

„The House That Jack Built” to historia kilkunastoletniej działalności seryjnego mordercy, który zabił w sumie 60 ludzi. Jack (Matt Dillon) poprzez dialog prowadzony z offu z sardonicznym mężczyzną o imieniu Verge opowiada szczegóły pięciu mordów. Szybko staje się jasne, że Jack nie jest żadnym geniuszem zbrodni, pozostawia po sobie pełno potencjalnych śladów, wraca na miejsca zbrodni, przenosi ciała ofiar na widoku w biały dzień, popełnia całą masę głupich błędów. Jack twierdzi, że najłatwiej coś ukryć przed innymi jeżeli nie próbuje się tego chować. Wygląda na to, że ta metoda rzeczywiście się sprawdza w jego przypadku. Możliwe jednak, że podświadomie chce zostać złapany, ale do tego czasu zamierza szaleć do woli.

Lars von Trier również szaleje do woli. Opowiadając o zbrodniach Jacka stawia na szokowanie odbiorcy poprzez dosadność przekazu i epatowanie szczegółami. Ofiarami bohatera są głównie kobiety, które gubi własna głupota i naiwność, jakby reżyser chciał zadziornie pokazać środkowego palca opinii publicznej stale
oskarżającej go o mizoginię. Za sztubackie zachowanie można poczytać również to, że w pierwszym jego filmie pokazywanym w Cannes, od czasu nieszczęsnej konferencji prasowej, wielokrotnie padają słowa podziwu dla nazistowskiej myśli technicznej, architektury, uzbrojenia oraz efektywnego zabijania w skali masowej. Lars lubi grać na nosie.

Sporo zostało już powiedziane o przemocy w tym filmie, jeszcze więcej zostanie napisane przez kolejnych kilka miesięcy, gdy zacznie docierać do kolejnych odbiorców. Reżyser nie ma litości, nie szczędzi widzowi widoku zmiażdżonych głów, odciętych piersi, maltretowania zwierząt, a momentem, który „słabsze ogniwa” ostatecznie popchnie do opuszczenia sali kinowej jest moment, gdy w filmie pojawia się matka z dwójką małych dzieci…

Błędnym byłoby jednak założenie, że pomysł reżysera na „The House That Jack Built” ograniczył się do szokowania przemocą. Jest to film bardzo pomysłowy, skręcający w nieoczywistym kierunku w finale (aczkolwiek uważny odbiorca szybko skojarzy kim jest pewna postać i zacznie podejrzewać, gdzie wylądujemy pod koniec historii), chociaż długość projekcji dochodzi do 150 minut nawet przez moment nie odczuwałem zmęczenia i zniecierpliwienia. Ciągle się tutaj coś dzieje, zarówno na poziomie formy, jak i treści. Lars żongluje retrospekcjami, wstawia bohatera w sekwencje delikatnie burzące czwartą ścianę, bo stawiające go w roli ozdobnika formalnego uzupełniającego przekazywane informacje, a do tego pompuje do historii dużo humoru, oczywiście zazwyczaj równie czarnego co jego serce.

Jest to więc film niewątpliwie testujący odbiorców, sprawdzający granice ich smaku oraz wrażliwości, ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Larsie von Trierze?

0 komentarzy:

Prześlij komentarz