niedziela, 3 czerwca 2018

Bonnie i Clyde - klasyk, w którego nikt nie wierzył


Jack Warner nie lubił Warrena Beatty. Ciągle zawracał tyłek telefonami, zawsze czegoś chciał, jęczał, marudził i kwękał. Nie miał tak naprawdę żadnego prawdziwego hitu na koncie, kręcił nosem na większość projektów, które mu podsuwano i ogólnie (zdaniem Warnera) robił co tylko mógł żeby zrujnować swoją obiecującą aktorską karierę dla jakichś artystycznych wymysłów. Co gorsza, gdy zaoferowano mu rolę Johna F. Kennedy’ego, nie tylko odrzucił propozycję, ale jeszcze do tego oznajmił, że „scenariusz ssie”. Warner nie zwykł słuchać, że jego scenariusze ssą, wyrzucił więc aktora z terenu studia i oznajmił, że nigdy więcej nie znajdzie już pracy w tym mieście.

Pułkownik (tak mówiono na Jacka) nie wybuchł więc entuzjazmem, gdy Beatty zgłosił się do niego ze scenariuszem filmu „Bonnie i Clyde”. Nie dość, że nie lubił samego aktora, to jeszcze filmy gangsterskie były postrzegane wtedy jako coś gorszego, taniego, nieprzynoszącego już zysków. Beatty jednak nie poddawał się, dzwonił, nagabywał, irytował. Legenda głosi (nie brakowało ludzi, którzy zarzekali się, że byli tego świadkami, ale Beatty zawsze temu zdecydowanie zaprzeczał), że aktor w końcu dopadł Jacka w jego biurze, padł na ziemię, złapał za kolana, i powiedział: „Pułkowniku, wycałuję twoje buty, wyliżę je. Mam Arthura Penna, świetny scenariusz, mogę zrobić ten film za grosze, to jest naprawdę dobry gangsterski film.” Zażenowany Warner w końcu zgodził się dać mu półtora miliona dolarów.


Warren Beaty potrzebował tego filmu, bo jego kariera rzeczywiście zaczynała pikować w dół. Niedawno skończył „Pewnego Mickeya”, wyreżyserowanego przez wspomnianego Penna, który odbierany był raczej jako pretensjonalna opowiastka, czemu zresztą przyklaskiwał sam aktor. Próbował też zrealizować film zatytułowany „Co słychać, koteczku?”, co było jego ulubionym telefonicznym pozdrowieniem, gdy rozmawiał z urodziwymi koleżankami. Film miał być komedią o notorycznym kobieciarzu, a w głównej roli miał wystąpić Beatty. Aktor zgłosił się z projektem do Charlesa Feldmana, jego dobrego przyjaciela, a zarazem byłego agenta, który stał się producentem i sfinansował Famous Artists. Feldman nauczył go wielu rzeczy o show-biznesie. Beatty wiedział, że kolega notorycznie wciska do produkowanych przez siebie filmów swoje aktualne partnerki. Ówcześnie Charles spotykał się z francuską aktorką zwaną Capucine, Warren zaznaczył więc, że zgodzi się na współpracę tylko w wypadku, gdy kolega obieca mu jedno – nie znajdzie sposobu na wciśnięcie Capucine do filmu. Feldman nie lubił, gdy ktoś inny dyktował mu warunki, więc odpowiedział na to krótkim: „pierdol się”. W końcu jednak przystał na warunek i zabrali się do prac nad scenariuszem.

Potrzebowali jednak kogoś dobrego w pisaniu zabawnych dialogów. Pewnego wieczoru poszli do klubu na komediowy występ niejakiego Woody’ego Allena, który podobno był zabawnym artystą. I rzeczywiście, spodobało im się to, co usłyszeli, zgłosili się więc do niego po występie z ofertą 30 tysięcy dolarów za napisanie scenariusza. Allen chciał więcej pieniędzy za taką robotę, ale zgodził się na zaproponowaną stawkę jeżeli będzie mógł również wystąpić w filmie. Feldman przystał na to. Prace ruszyły, kolejne wersje scenariusze pojawiały się i były stale przerabiane, a zaniepokojony Beatty zauważał, że z każdą kolejną zmianą jedna z bohaterek zaczyna być coraz bardziej lepiona na Europejkę, a konkretnie to Francuzkę. Wiedział już, co się święci, ale jeszcze bardziej martwiła go inna kwestia. Jego rola robiła się coraz mniejsza, a postać grana przez Allena zaczynała powoli przejmować film. Wściekły udał się do Feldmana, oskarżył go o złamanie ich słownej umowy w kwestii Capucine oraz przyzwalanie na proceder minimalizowania jego roli w filmie. W końcu zagroził, że w nim w ogóle nie wystąpi i w dramatycznym geście opuścił pomieszczenie. Beatty był przekonany, że nie pozwolą mu na odejście z filmu, ale przeliczył się, bo nikogo to nie obeszło. „Co słychać, koteczku?” było dużym hitem, z którego Allen nie był specjalnie zadowolony, ale stanowił doskonały punkt startowy dla jego dalszej kariery i nauczył go, żeby zawsze walczyć o pełną kontrolę nad filmem. Podobną lekcję z tego doświadczenia odebrał Warren Beatty.


Jakiś czas później, Warren i jego dziewczyna, aktorka Leslie Caron, wybrali się w Paryżu na kolację z Francoisem Truffautem. Caron próbowała go namówić, żeby wyreżyserował film o Edith Piaf, w którym chciała zagrać główną rolę. Truffaut nie wyraził zainteresowania, ale wspomniał, że niedawno otrzymał bardzo dobry scenariusz filmu zatytułowanego „Bonnie i Clyde”, w którym powinien wystąpić Beatty. Aktor został przez niego skierowany do scenarzystów - Roberta Bentona i Davida Newmana. Warren kupił scenariusz za kilka tysięcy dolarów i zdecydował się na krok niespotykany ówcześnie w przypadku hollywoodzkich aktorów, postanowił zostać producentem. Nie mógł jednak znaleźć reżysera, bo wszyscy mu odmawiali. Scenarzyści (którzy sami wcześniej nieskutecznie próbowali szczęścia z Truffautem i Godardem) zasugerowali osobę Penna, z którym Beatty wspólnie zrobił wspominanego „Pewnego Mickeya”. Reżyser początkowo odmówił, ale w końcu dał się namówić (z dużymi oporami) aktorowi.

W połowie czerwca roku 1967 film był praktycznie gotowy (planowano wyciąć jeszcze 15 minut materiału). Beatty zabrał więc surową wersję do willi Jacka Warnera, gdzie mieli go razem obejrzeć w towarzystwie jego współpracowników oraz reżysera. Warner był znany ze swego słabego pęcherza, jeszcze przed seansem zwrócił się do Penna i oznajmił mu: „jeżeli będę musiał pójść sikać to film jest gówniany”. Pierwszy raz poszedł do toalety już po sześciu minutach. Wychodził jeszcze dwa razy. Gdy film się skończył w pomieszczeniu zapadła martwa cisza. Warner w końcu odezwał się: „Co to kurwa było? Jak długi był ten film?”. Odpowiedział na to jego zięć, „Pułkowniku, film trwał dwie godziny i dziesięć minut”. Warner na to: „To było najdłuższe dwie godziny i dziesięć minut w moim życiu. To jest film wymagający potrójnego sikania.” Beatty i Penn nie byli pewni, czy mają płakać, czy się śmiać. Aktor próbował jednak wyjaśnić film. Wypowiadał się z rozwagą, bo jego słowa tonęły w złowieszczej ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. W akcie desperacji powiedział w końcu: „Wiesz co, Jack? Tak naprawdę to jest hołd dla gangsterskich filmów Warner Brothers z lat 30.”. Warner odpowiedział tylko: „czym do kurwy jest hołd?”.


Nie lepiej poszedł pokaz zorganizowany dla Ojca Sullivana z Katolickiego Legionu Przyzwoitości. Duchowny był przekonany, że w otwierającej film scenie, Faye Dunaway nie ma założonych majtek, gdy zbiega ze schodów. Ciągle cofał taśmę, wskazywał palcem w kierunku Bonnie i krzyczał: „och nie, przecież widać jej biust!”. Tłumaczono mu wtedy, „ależ nie, Ojcze, to tylko sukienka, jest jedwabna”. Odpowiadał wtedy: „nie, nie, widzę jej biust! Czekajcie, chyba widzę sutka!”. „Ależ nie, to tylko guzik”, mówili.

W film nikt nie wierzył. Ludzie z Warnera chcieli jak najszybciej o nim zapomnieć. Wyznaczyli mu bardzo niekorzystną wrześniową datę premiery, co wtedy było uważane za najgorszy możliwy miesiąc. Pierwsze recenzje były miażdżące. Publika jednak pokochała film. Podobnie jak Pauline Kael, legendarna amerykańska krytyczka (Quentin Tarantino powiedział w latach 90., że nie może przeboleć tego, że Kael zawiesiła pisanie o filmach krótko przed tym, jak on zaczął je kręcić) zrobiła wszystko, co było w jej mocy, żeby oddano filmowi sprawiedliwość. Przekonywała kolegów krytyków do ponownych seansów i spojrzenia na film z bardziej otwartym umysłem oraz niezrażanie się szokującą wtedy dawką przemocy. Niektórzy z nich rzeczywiście pisali później bardziej przychylne recenzje. Film okazał się być najbardziej dochodowym filmem Warnera, ustępując pierwszego miejsca tylko „My Fair Lady”. Ostatecznie zebrał na całym świecie 70 milionów dolarów, co szczególnie uszczęśliwiło Warrena, który podczas długotrwałego procesu namawiania studia do realizacji filmu, zaoferował w końcu wystąpienie w nim za jedyne 200 tysięcy dolarów w zamian za jakiś procent z późniejszych zysków. Spodobało im się to. Zaproponował 40%. Zgodzili się, bo przecież byłoby cudem, jakby w ogóle zarobili coś więcej, jak tylko zwrot kosztów produkcji...

Źródło:
"Easy Riders, Raging Bulls", Peter Biskind

1 komentarz:

  1. A co najlepsze, zrobili potem musical :D

    OdpowiedzUsuń