niedziela, 13 stycznia 2019

ZGNIŁE PARÓWY 2018, czyli największe rozczarowania i traumy filmowe ubiegłego roku.


Wzorem ubiegłego roku, oprócz tych najlepszych, postanowiłem ponownie „wyróżnić” również najgorsze filmy jakie widziałem w kinie w ubiegłym roku. Muszę przyznać, że tym razem obawiałem się, czy uda mi się w ogóle skompletować jakąś dłuższą listę. Nie widziałem jakoś specjalnie wiele złych filmów (co głównie wynikało z tego, że często nie chciało mi się zebrać do kina na produkcje, które zapowiadały się na nużące przeciętniaki), a nie zamierzałem wrzucać tutaj czegoś na siłę. Po przejrzeniu na Filmwebie wszystkich filmów ocenionych w zeszłym roku znalazłem jednak dziewięciu „wspaniałych” i dorzuciłem do tego jedną bonusową pozycję z Netfliksa. Warto zaznaczyć, że nie mieszkam w Polsce więc nie miałem okazji zobaczyć żadnej polskiej komedii romantycznej, co niewątpliwie wpłynęłoby znacząco na liczbę tytułów na poniższej liście. Nie zdołałem się też zebrać pod koniec roku na takie filmy jak „Zabójcze maszyny” i „Robin Hood: Początek”, które szybko zniknęły z kinowego repertuary, a pewnie trafiłyby do poniższej listy. Nawet nie próbowałem natomiast zobaczyć „Slender Mana”, bo wiedziałem, że tylko bym się niepotrzebnie irytował podczas seansu.

Nie sugerujcie się kolejnością tytułów na liście, bo podporządkowana jest datom ich polskich premier.

Dobrze więc, lećmy z tymi zgniłymi parówami, opisy będą krótkie i treściwe, bo i tak już poświęciłem tym marnym filmom zbyt wiele mojego czasu:


PASAŻER, no trzeba przyznać, że jest jakimś osiągnięciem zrobienie tak bardzo bezbarwnego, bzdurnego, sztampowego i pozbawionego napięcia filmu akcji. Liam Neeson mógłby już przestać odcinać kupony od „Uprowadzonej”, bo robi się to coraz smutniejsze i cięższe do zniesienia.

NOWE OBLICZE GREYA, tym razem dopatrzyłem się nawet jakichś plusów, bo było to niewątpliwie lepsze od drugiej części, przynajmniej miało fajne piosenki, a nie straszyło natomiast zakończeniem zapowiadającym kolejną odsłonę. I to jest w zasadzie najpiękniejsza rzecz związana z tą premierą – okres Walentynek w kinach będzie od teraz wolny od Pana Szarego i jego pejczyków. No, przynajmniej do czasu, gdy zrobią remake, albo opowiedzą historię z jego perspektywy...

PACIFIC RIM: REBELIA, jeden z tych filmów, które momentami przynudzają tak bardzo, że zaczynamy liczyć nasze umierające komórki mózgowe, wykańczane seriami przez kolejne idiotyzmy fabularne. Nie było w tym serca i polotu, była natomiast nuda, przewidywalność i odtwórczość.

PRAWDA CZY WYZWANIE, prawda: idiotyczna, niestraszna, pozbawiona klimatu, słabizna.

RAZ SIĘ ŻYJE, niby obsada fajna i Charlize Theron elegancko szarżująca na czwartym biegu, ale jakieś to takie bez życia, pomysłu i polotu, za to strasznie rozlazłe i nieco przynudzające.

JESTEM TAKA PIĘKNA!, a z tego to już nawet nic nie pamiętam więc najwyraźniej musiałem bardzo intensywnie pracować nad wyrzuceniem tych negatywnych przeżyć z pamięci.


PIERWSZA NOC OCZYSZCZENIA, film pełen zaskoczeń, bo za każdym razem, gdy wydaje się, że scenarzysta dokopał się już do samego dna głupoty tej historii to jakimś cudem odnajduje jednak w niej kolejne pokłady idiotyzmów. Ten film jest głupi i tandetny na tak wielu poziomach, że jest to na swój sposób imponujące. Logika tutaj nie istnieje, film wzbija się na wyżyny absurdu, gdy gangsterzy zaczynają wymachiwać siekierami i nożami niczym waleczni mnisi z zakonu Shaolin, a widz kiśnie z żenady, gdy sięgają po karabiny i w podniosłym nastroju decydują się walczyć o swoją dzielnię i zwykłych szaraków z osiedla.

THE MEG, ostatni raz przeżywałem takie emocje, gdy przypaliłem paluszki rybne. Pięciu scenarzystów zdołało zlepić historię, która zabija nudą od pierwszych minut. Nie znajdziecie tutaj zabawy motywem wyjściowym, energii, dowcipu i pomysłowych scen. Znajdziecie drewniane dialogi, wypchane pompatycznymi myślami, nieśmiesznymi żartami i bełkotliwymi kwestami.

VENOM, wehikuł czasu zabierający widza w okres powstawania takich tytułów jak „Spawn”, „Daredevil”, „Catwoman” oraz „Elektra”. Filmów nie tyle radośnie campowych, co zwyczajnie durnych, nudnych, nietrafionych tonalnie, nierozumiejących materiału źródłowego, no i zwyczajnie tandetnych. Film zupełnie pozbawiony ikry, oparty na leniwie skleconym scenariuszu, wypchanym kretynizmami, drewnianymi dialogami, nudnymi scenami, zerowa logiką wydarzeń i obowiązkowym niewyrazistym finałowym starciem kupki pikseli o los całej ludzkości.


Bonus:

BEZ SŁOWA, czyli rozczarowanie dekady, bo tyle mniej więcej czekałem na ten film. Duncan Jones stał się niestety reżyserem, który z obiecującego debiutanta został zdegradowany do poziomu przeciętnego wyrobnika. W przypadku tragicznie złego „Warcrafta” mógł się jeszcze zasłaniać tym, że był jedynie trybikiem w wielkiej komercyjnej maszynie sterowanej przez studio. Przy realizacji „Bez słowa” miał wolną rękę, Netflix nie bruździł w jego piaskownicy, Jones czekał na taką możliwość przez kilkanaście lat, a w efekcie otrzymaliśmy kino bez polotu, wizji, a co najgorsze – pozbawione życia i energii. Kiepsko.

Więcej traum i rozczarowań nie pamiętam.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz