sobota, 1 czerwca 2019

Dolor y gloria (Ból i blask) - recenzja


Festiwal w Cannes bardzo lubi „swoich” reżyserów, artystów wracających tam cyklicznie, którzy zawsze witani są z otwartymi ramionami. Jeżeli bracia Dardenne nakręcą nowy film to można być pewnym, że trafi do konkursu. Jeżeli Ken Loach znowu złamie decyzję o emeryturze to niewątpliwie znajdzie się dla jego filmu miejsce w oficjalnej selekcji. Niewielu twórców ma jednak taką pozycję jak Pedro Almodóvar, który może film pokazać dwa miesiące wcześniej we własnym kraju i wciąż nie mieć problemu z dostaniem się do canneńskiego konkursu głównego. Problem z wymienionymi reżyserami, twórcami kina niewątpliwie autorskiego, jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. Nie są to produkcje złe, zarówno „Young Ahmed”, jak i „Sorry we miss you”, to wartościowe historie, próbujące opowiedzieć widzowi coś istotnego o współczesnym świecie, ale jednocześnie sprawiają wrażenie, że od lat oglądamy ciągle ten sam film i zmieniają się tylko twarze aktorów oraz zarys historii.

I podobnie było z poprzednim filmem Pedro („Julieta”) pokazywanym w canneńskim konkursie głównym. Znaliśmy już tę historię. Oglądaliście w jego wykonaniu wiele razy. Rozciągnięta na kilka dekad opowieść o życiu kobiety, którą poznawaliśmy jako dojrzałą osobę z ogromnym bagażem życiowych wspomnień. Bohaterka rozpakowywała i wykładała je przed nami na stole, zaczynając snuć swoją narrację. Była gorąca miłość, zdrady, szalone fryzury, kolorowe kostiumy, śliczne miejsca, pęknięte serca i życiowe dramaty. Wszystko to, czego należałoby się spodziewać po Pedro. Wesołe, lekkie, przyjemne, nieco melancholijne, trochę smutne, nie za długie, wywołujące letnie emocje i niestety ulatujące z głowy zanim zdążyliśmy przypomnieć sobie o czym było pięć poprzednich filmów Hiszpana.

„Ból i blask” też trochę cierpi na tę przypadłość, bo jest to film, który nawet na moment nie pozostawia wątpliwości, kto jest jego autorem. Jest charakterystyczny klimat, bardzo kolorowe wystroje wnętrz i ciepłe zdjęcia, jest też Antonio Banderas i Penélope Cruz. I nie chcę powiedzieć, że twórca trzymający się jednego klucza wizualno-narracyjnego przez większość kariery jest artystą złym, kino autorskie – nawet takie ocierające się o autoplagiat - ma swoje zalety, ale jedną z nich niestety nie jest uczucie ekscytacji wynikające z oglądania czegoś „świeżego” i zaskakującego. Czasem to przeszkadza, czasem stanowi wartość, gdy bardzo lubimy czyjś styl, a raz na jakiś czas idealnie pasuje do konkretnego filmu. I tak jest w przypadku „Bólu i blasku”, historii na tyle osobistej i niejako podsumowującej karierę reżysera, że ciężko byłoby sobie wyobrazić nakręcenie tego w jakimś rewolucyjnym dla niego stylu.


Oczywiście, że mieszkanie głównego bohatera jest starannie zaprojektowanym wnętrzem nasyconym głęboką czerwienią (kolor powracający przez cały film w wielu formach). Oczywiście, że zarówno luksusowy dom jego przyjaciela, jak i jaskinia, w której Salvador dorastał w dzieciństwie, stanowią koncepcyjne i kolorystyczne cukierki dla oczu. Oczywiście, że Penélope Cruz, jego wieloletnia muza, która zapewne zawdzięcza mu międzynarodową karierę, występuje tutaj w roli jego matki (o przepraszam, w roli matki głównego bohatera). Oczywiście, że główna rola trafiła w ręce Antonio Banderasa, który miałby pewnie problem ze wskazaniem, czy więcej zawdzięcza jemu, czy też Robertowi Rodriguezowi (stawiam na Pedro). I całe szczęście, że trafiła! Antonio Banderas już od dawna nie był tak cholernie dobry na ekranie. Almodóvar podkreślał podczas konferencji prasowej, że nie należy zbyt dosłownie przekładać tego filmu na jego życie, bo to jednak głównie fikcja, ale ciężko w postaci Salvadora Mallo nie dostrzec alter ego Pedro. Barwne, stylowe ubrania, siwa broda, nastroszone włosy i nieskończona miłość do kina. Antonio z całą pewnością dobrze wiedział w kogo wciela się w tym filmie. I zrobił to doskonale. Szkoda, że gość się od lat marnuje w tych wszystkich przeciętniakach, o których nikt później nie pamięta, bo skrywa w sobie chyba jeszcze niejedną znakomitą rolę.

Nie dziwi więc, że canneńskie jury (mogące każdemu filmowi przyznać tylko jedną nagrodę) z całego projektu zdecydowało się wyróżnić właśnie aktora, bo Pedro Almodóvar zgrabnie wykorzystał wiedzę, umiejętności, sztuczki i obsesje zebrane przez całą kilkudziesięcioletnią karierę do stworzenia z nich tego niewątpliwie udanego filmu, ale Antonio Banderas błyskotliwie skorzystał z materiału podarowanego przez reżysera do stworzenia pełnokrwistej postaci o której będzie się pamiętać długo po seansie.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza