czwartek, 25 lipca 2019

The Lion King (Król Lew) - recenzja


Nowy „Król Lew” to film imponujący od strony technicznej. W odwzorowaniu wyglądu i zachowań prawdziwych zwierząt osiągnięto tutaj niesamowity poziom fotorealizmu. Osobę o niewprawnym oku z łatwością dałoby się oszukać, że patrzy się na prawdziwe zwierzęta. Zaawansowana technologia służy też operatorowi, który wedle woli mógł sobie ustawiać wirtualną kamerę i szaleć nią w powietrzu. Nie służy natomiast samej historii, bo remake to zaledwie cień oryginału, nieoferujący nawet zbliżonego ładunku emocjonalnego.

I nie chodzi o to, że „kiedyś to było, a teraz to tylko komputerowe błyskotki”. Chociaż nie, w sumie to właśnie w tym tkwi problem, bo film Favreau jest poddańczy względem dawnej wersji, odtwarza ją niemal w 1:1, niewiele więcej dodając od siebie, ale gubi po drodze ten najważniejszy element – emocje. Wynika to bezpośrednio z fotorealistycznej strony wizualnej, która robi wrażenie, gdy jest to tylko film o zwierzętach będących zwierzętami, czyli przez pierwszych kilka minut pięknie odtworzonego numeru otwierającego, ale zaczyna ciągnąć film w dół, gdy zaczyna być opowieścią o gadających i śpiewających zwierzętach. I pal licho już to, że efekt ten wywołuje u niektórych uczucie „doliny niesamowitości” (ja osobiście w ogóle nie kupowałem, że te głosy wydobywają się z tego zwierzyńca, bo sprawiało to wrażenie ludzi podkładających dla żartu głosy pod film przyrodniczy), ale łączy się z tym coś o wiele gorszego. W oryginale mieliśmy pięknie animowane postacie, obdarzone ekspresyjną mimiką i zróżnicowanym wyglądem, który odzwierciedlał ich osobowości, osadzone w umownym świecie dającym przestrzeń dla pomysłowych szaleństw wizualnych. W nowej wersji mamy zwierzaki, które mogą wyglądać słodko, gdy się nie odzywają, ale nie „zagrają” zdziwienia, radości, smutku, przerażenia albo ekspresyjnego wykonania piosenki. One wszystko wykonują i wypowiadają z podobnym wyrazem pyska, bo są kurde tylko zwierzętami. Jest to cena jaką się płaci za porzucenie animowanej umowności na rzecz realizmu. Bogaty, energetyczny i kolorowy świat, nagle staje się filmem przyrodniczym, przepięknie odtworzonym, ale zupełnie pozbawionym ducha oryginału.

Seans nowego „Króla Lwa” nie jest męczarnią, bo z zaciekawieniem się obserwuje jak w tym fotorealistycznym kluczu odtworzono ukochane sceny z naszego dzieciństwa, ale lepiej nie podchodzić do niego po niedawnej powtórce klasycznej animacji, bo niczego nowego (co byłoby wartościowe) nie znajdziemy w tej historii, a tylko ze smutkiem będziemy obserwować jak zarżnięto wszystko to, co dawniej poruszało emocje w odbiorcy. Nieudany eksperyment, który wprawdzie obejrzałem z zainteresowaniem, ale nigdy więcej nie chcę do niego wracać.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza