środa, 11 grudnia 2019

Midsommar (wersja reżyserska) - recenzja


Jest pewną przekorą ze strony Ariego Astera, że odpowiedział na krytykę części widowni narzekającej na długość i tempo „Midsommara” stworzeniem wersji reżyserskiej, która jest dłuższa o kolejne 24 minuty. Jeżeli wynudziliście się w kinie na wersji podstawowej to „director’s cut” zdecydowanie nie zmieni waszego nastawienia do filmu. Osoby zachwycone filmem natomiast powinny się kiedyś skusić na drugi seans, bo otrzymają pełniejszą wersję tej wyjątkowej historii, bogatszą o jedną istotną scenę (a w zasadzie dwie połączone ze sobą) oraz rozwinięty wątek Christiana przeprowadzającego w osadzie wywiady z myślą o swoim doktoracie.

Co urzekło mnie przy pierwszym seansie, i nie zmieniło się przy drugim, to obserwowanie fascynujących pogańskich rytuałów, które widz odkrywa powoli razem z bohaterami. Od filmu odbiło się bardzo wiele osób, bo pewnie spodziewali się mocnego horroru dającego po głowie, a film wprawdzie rzeczywiście daje po głowie, ale groza wynika raczej z niewiedzy na temat tego, czego możemy się spodziewać przy następnym rytuale, a nie elementów typowego horroru. Bardziej bojaźliwy widz może się oczywiście wzdrygnąć na jakąś sylwetkę wynurzającą się z mroku, symbolizującą nagłe zagrożenie, albo okazjonalnymi przykładami dosadnej makabry, ale „Midsommar” nigdy nie skręca w kierunku horroru na pełnym gazie wzorem drugiej połowy „Hereditary”.

Z poprzednim filmem Astera natomiast łączy „Midsommar” niewątpliwie niesamowita wyobraźnia autora obu filmów. Nie ma co się z tym zwrotem specjalnie czaić - Ari Aster ma totalnie zryty beret. Szczęśliwie dla nas, że jednocześnie ma też niesamowity talent do formowania owoców tegoż pokręconego umysłu w trzymające za gardło opowieści przy oglądaniu których wielokrotnie mruczy się pod nosem: „what the fuck...”. Doskonale rozumiem, że tempo „Midsommara” może być zniechęcające, a groteska w jaką popada pod koniec nie polepsza sytuacji, ale w tym tkwi właśnie jego siła, w zaciekawieniu z jakim Aster przygląda się pogańskiej komunie i jej interakcjom z bohaterami filmu oraz w zupełnym braku hamulców, gdy już wszystko zostaje ujawnione i rozwinięte przed nami.

Cudowna jest tutaj Florence Pugh, zarówno w pierwszej godzinie filmu, gdy jest zrozpaczoną kobietą, której całe życie zostało rozszarpane na strzępy (moment, gdy pierwszy raz słyszymy jej rozdzierający serce wrzask pozostał ze mną długo po pierwszym seansie), jak i później, gdy z jednej strony próbuje ogarnąć umysłem to, czego jest świadkiem w osadzie, a z drugiej, gdy próbuje zrozumieć swoją relację z partnerem i dojrzeć do decyzji o ostatecznym zerwaniu jej. Sposób w jaki to w końcu robi jest kwintesencją pokręconego umysłu Astera.

Przepięknie to wszystko wygląda. Paweł Pogorzelski znowu pozamiatał i stanął na głowie żeby dostarczyć soczyste kadry. Chwilami dosłownie, bo kamera miejscami wyczynia tutaj niezłe fikołki. Dopełnia to klimatyczna muzyka Bobby’ego Krlica i żelazna dyscyplina z jaką reżyser opowiada, ale też klei (niektóre cięcia montażowe są fantastyczne), tę popieprzoną historię.

Ocena: osiem pogańskich herbatek halucynogennych na dziesięć.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza