niedziela, 22 grudnia 2019

The Witcher (Wiedźmin) - pierwszy sezon


„Wiedźmin” zrobił mój weekend. Wciągnęło mnie konkretnie, bo ostatni odcinek skończyłem oglądać jakoś w połowie soboty. W zasadzie dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem od samego początku – solidne fantasy zgrabnie żonglujące pomiędzy mrokiem i humorem, jednocześnie wprowadzając odbiorcę w ciekawie zbudowany nowy świat. Wydaje mi się, że nie jest to jednak produkcja przyjazna osobom, które niczego o tym świecie nie wiedzieli przed odpaleniem pierwszego odcinka. Scenarzyści rzucają widza na głęboką wodę, zasypując go obcobrzmiącymi terminami, miejscami, zwyczajami, no i postaciami. Szybko staje się jasne, że wszystkie trzy główne wątki nie dzielą ze sobą tego samego okresu w serialowym świecie, a do tego dochodzą jeszcze skoki czasowe wewnątrz tychże wątków, więc może to rodzić lekkie zagubienie w fabule. Jeżeli obcowało się wcześniej ze światem Sapkowskiego w jakiejś formie (osobiście zacząłem na komiksie, następnie przeczytałem wszystkie książki, a na końcu sięgnąłem po gry), no to raczej szybko powinno się odnaleźć w tych pokręconych czasowo wątkach. Podobnie, jeżeli jest się uważnym widzem, który potrafi wyłapywać potrzebne wskazówki z dialogów i kontekstu scen, bo te zawsze pomagają w umiejscowieni danego wątku na serialowej linii czasu. Wszystko zresztą ładnie wskakuje na swoje miejsce pod koniec sezonu, ale pewnie nie każdy zagubiony w tym widz wykaże się odpowiednią cierpliwością i zostanie z serialem odpowiednio długo żeby w pełni ogarnąć chronologię wydarzeń.

Warto jednak zostać, bo „Wiedźmin” oferuje sporo dobra. Po pierwsze, jak już zostało wspomniane, wciąga niemiłosiernie. Po drugie, cieszy oczy, przede wszystkim różnymi widokami, pięknymi miejscówkami zrobionymi w komputerze, ale też ładnymi kompozycjami kadrów, ciekawymi ustawieniami kamery i klimatycznymi zdjęciami natury. Po trzecie, scenami akcji, nie wszystkie wprawdzie zachwycają, ale niektóre z nich dają przyzwoitego kopa energii, bo Cavill ładnie wymachuje mieczem, towarzyszy temu odpowiednia dawka brutalności, gdy coś ma być urwane, odrąbane albo zmiażdżone, to twórcy z całą pewnością nie zawahają się tego pokazać. I słusznie. Po czwarte, bo to jeszcze nie w pełni uformowany projekt, ale bardzo dobrze rokujący.


Nie wszystko tutaj zagrało. Widoki w serialu bywają cudowne, ale już pałacowe wnętrza i różne elementy scenografii nierzadko trącą „tekturą”. Osobiście byłem na tyle zadowolony z innych elementów produkcji, że bez większego problemu ignorowałem częstą biedotę drugiego planu, wynikającą zapewne ze skromnego budżetu. Największe problemy bywają ze scenariuszem, który oprócz tego, że bywa niejasny dla osób niezaznajomionych z tym światem, no to potrafi do tego zazgrzytać na poziomie dialogów, niezrozumiałych zachowań postaci (niestety sporo się trzeba domyślać i dopowiadać sobie) i tempa akcji, które ogólnie jest dobre, ale czasami łapie zadyszkę. Zważywszy na to, jak ważna w „Wiedźminie” jest relacja Geralta z Yennefer, to rozczarowuje sposób w jaki została ona zarysowana w serialu, który zbyt pospiesznie przeskakuje od pierwszego poznania do sporej zażyłości i słów o miłości sprawiających wrażenie, że nie zostały niczym podparte. Zbyt pospiesznie przeskakuje się tutaj przez kolejne etapy znajomości dwójki bohaterów i widz bardziej wierzy na słowo, że jest ona dla nich czymś ważnym, jak naprawdę to widzi i czuje.

Obsada została już przemielona na wszystkie sposoby w internecie, zwłaszcza tym polskim, na długo przed premierą i pewnie kto był negatywnie nastawiony, ten zdania nie zmieni. Osobiście życzyłbym sobie zmiany tylko jednej aktorki, Anny Shaffer, która zupełnie się rozminęła z moją wizją Triss Merigold, ale też nie jest tak, że po zobaczeniu całości nie byłbym już w stanie wyobrazić sobie reszty postaci granych przez jakichś innych aktorów. Chyba wszyscy inaczej wyobrażaliśmy sobie Yennefer, ale też samego Geralta, i zapewne istnieją aktorzy, którzy bardziej pasowaliby do tych ról, co nie znaczy, że Anya Chalotra i Henry Cavill to kiepskie wybory obsadowe. Ona rozumie, że może to być przełomowa dla niej rola i wkłada sporo pasji w swoją kreację. On aktywnie walczył o angaż, nie będąc przecież faworytem nawet samych autorów serialu, nie traktuje więc tego jak kolejnej komercyjnej fuchy do zaliczenia. Widać, że sporo serca włożył w ten projekt i jest to bliska mu postać. Cavilla kupuję od początku do końca, Chalotra miewa lepsze i gorsze momenty, ale największym jej mankamentem jest to, że zupełnie nie wierzy się w wiek jej postaci. Yennefer oczywiście powinna wyglądać na młodszą, niż w rzeczywistości jest, bo jest to uzasadnione fabularnie, ale zdolniejsza aktorka potrafiłaby odegrać tę postać tak, żebyśmy wierzyli, że patrzymy na dorosłą kobietę w ciele młodej dziewczyny. Ja nie wierzyłem.


Fantastyczny jest natomiast Joey Batey w roli Jaskra, odpowiednio balansujący na granicy postaci irytującej, ale jednocześnie na tyle ludzkiej i przyjemnej w obyciu, by nie stał się nieznośny i żebyśmy rozumieli dlaczego Geralt nie wrzucił go jeszcze do jakiegoś wąwozu. I do tego napisano mu na tyle ładne ballady, że mimowolnie przerywa się odliczanie do następnego odcinka żeby posłuchać jego głosu jeszcze dodatkowo podczas napisów końcowych. Bardzo fajnie wypadła też Freya Allan w roli Ciri.

Twórcy serialu podjęli się ekranizacji bardzo niewdzięcznego materiału. Z jednej strony mają graczy: święcie przekonanych, że doskonale wiedzą, jak powinny wyglądać poszczególne elementy tego świata, jednocześnie wykazując się ignorancją w stosunku do materiału oryginalnego i nie zdając sobie sprawy ze zmian, jakie względem niego wprowadzili twórcy gier. Z drugiej strony: fanów książek, którzy przy ekranizacjach zawsze obsesyjnie wyliczają wszystkie odstępstwa od oryginału i bluzgają na wszystkie zmiany wprowadzone do fabuły. Z trzeciej: całą resztę, która nie miała kontaktu z grami i książkami, musi więc przyswoić sporą ilość nowych istotnych informacji, które muszą zostać im przedstawione bez szkody dla tempa narracji i czytelności fabuły. „Wiedźmin” nie wychodzi z tego bez szwanku, bo żadna ze wspomnianych grup nie będzie w pełni usatysfakcjonowana z tego, co otrzymała, ale w wypowiedziach twórców daje się wyczuć, że dostrzegają, co w ich serialu nie do końca zagrało w pierwszym sezonie i wydają się mieć pomysły, jak to naprawić w kolejnym. Będę trzymać za nich kciuki, bo już teraz „Wiedźmina” ogląda się z przyjemnością i niewątpliwie ma potencjał na rozwinięcie się w coś naprawdę dobrego.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza