wtorek, 14 stycznia 2020

Najlepsze filmy w roku 2019

Myślę, że chyba wszyscy się z tym zgodzimy – rok 2019 był bardzo udanym okresem dla miłośników kina, jednocześnie w rewelacyjny sposób zamknął lata dziesiąte. Dostaliśmy bardzo dobre filmy uznanych twórców, kilka tytułów, które potwierdziły, że poprzedzające je obiecujące debiuty nie były dziełem przypadku, świat w końcu należycie docenił talent Bonga Joon-ho, a do tego dostaliśmy trzy świetne filmy animowane, reprezentujące trzy różne podejścia do sztuki animacji, wszystkie równie udane, choć jakże odmienne od siebie.

Było co oglądać, jest co teraz polecać, więc tym razem moja tradycyjna coroczna lista najlepszych premier kinowych z ostatnich dwunastu miesięcy liczy równe 20 pozycji. Zasada była ta sama, co zwykle: ograniczyłem się do tytułów, które trafiły do polskich kin w ubiegłym roku. Jest poniżej kilka pozycji, które można było zobaczyć na Netfliksie, ale zawsze (z jednym wyjątkiem) poprzedzały to premiery kinowe.

Kolejność tytułów na liście nie jest zupełnie przypadkowa, ale powyżej pierwszej piątki podchodziłem do tego w dość luźny sposób, więc nie zwracajcie na to specjalnej uwagi.


PARASITE (reż. Bong Joon-ho)

Twórczość Bong Joon-ho uważnie śledzę już od kilkunastu lat. „Zagadka zbrodni” to jeden z moich ulubionych koreańskich filmów. Bong od zawsze eksplorował różne gatunki, zazwyczaj efekt tego był co najmniej dobry, a często wręcz bardzo dobry. Gdy zasiadałem więc w Cannes na pierwszym pokazie „Parasite” byłem pewny, że będzie to udany seans. Nie spodziewałem się natomiast, że wyjdę z niego taki zachwycony. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Kilka dni później wybrałem się na niego jeszcze raz. Chociaż to był dopiero maj i karciłem się za to w myślach, to nie mogłem się pozbyć uczucia, że właśnie zobaczyłem najlepszy film roku. Nie bez przyczyny, bo pół roku później nie miałem już najmniejszej wątpliwości, że tak właśnie było.

Koreańczyk zrobił film totalny. Jest to kino świeże, bardzo pomysłowe, niewymuszenie zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, gdy pozwala na to fabuła, ale też dające po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka.


LIGHTHOUSE (reż. Robert Eggers)

Bardzo ciekawy przypadek, bo to film, który narobił zaskakująco dużo szumu jak na produkcję opartą na czarno-białych zdjęciach, surowych w swej monochromatyczności i ściśniętej proporcji obrazu, co wprawdzie pięknie budowało klimat odosobnionego miejsca z piekła rodem, ale raczej nie powinno ekscytować tłumów współczesnych odbiorców. Tymczasem „Lighthouse” od samego początku (czyli Cannes, gdzie szybko został okrzyknięty mianem arcydzieła i zaczął generować kolejki porównywalne z największym wydarzeniem festiwalu, czyli nowym filmem Quentina Tarantino) wzbudzał ogromne zainteresowanie. I słusznie, bo „The Lighthouse” to prawdziwe kinowe doświadczenie, o którym nie zapomina się łatwo: psychodeliczna jazda, często nasycona po równo grozą, jak i erotyzmem, od której wielu odbiorców się odbije. Robert Eggers zrobił kino bezkompromisowe, jeszcze mniej łaszące się do odbiorcy od „Czarownicy...”, oparte raczej na poetyce bergmanowskiej i filmach Tarkowskiego, jak na współczesnych post-horrorach, które przecież też zazwyczaj są odrzucane przez miłośników „normalnego” kina grozy. Stanowi niewątpliwy dowód na to, że ten młody twórca posiada niebanalny styl i wrażliwość, a także ogromny talent i głowę wypełnioną nieoczywistymi pomysłami. Oby jak najdłużej podążał własną ścieżką i nie dał się zbyt szybko skusić komercyjnym projektom, bo jego umysł zapewne skrywa jeszcze niejedną fascynująca historię wymykającą się łatwej ocenie.


HISTORIA MAŁŻEŃSKA (reż. Noah Baumbach)

Noah Baumbach nie pozostawia złudzeń, rozwód to paskudna bitwa (szczególnie, gdy zamieszane są w to dzieci), która powoduje ostateczną erozję uczucia łączącego kiedyś dwójkę ludzi. Reżyser wie o czym mówi, bo inspiracją do napisania scenariusza był jego własny rozwód. Genezą „Historii małżeńskiej” były więc gorzkie wspomnienia, ale zaowocowały one czymś pięknym, choć bardzo przykrym, bo szczerą historią o skomplikowanych ludzkich relacjach. Co ważne, „Historia małżeństwa” nie jest jednostronną opowieścią, Baumbach nie pozwala sobie na to. W tej historii nie ma tych dobrych (co najwyżej niepozbawieni wad ludzie), a za złych robią tylko prawnicy, bezlitośnie rzucający się do gardeł stronie przeciwnej w imieniu swoich klientów.

O tym, ile w bohaterach tak naprawdę tkwi złości względem siebie, niechęci, a wręcz czystej nienawiści, widać w scenie wielkiej kłótni pomiędzy nimi, gdy już ostatecznie puszczają im hamulce i wyrzucają z siebie wszystko, co dusili w sobie, a te słowa są tak okrutne, że ostatecznie najbardziej ranią ich nadawców, autentycznie przerażonych wypowiedzianymi przez siebie myślami. Bardzo mocna scena, stanowiąca katharsis, tak potrzebne Nicole i Charliemu, ale też dopełniająca pięknie zniuansowane kreacje Scarlett Johansson i Adama Drivera, które niosą widza przez całą historię, sprawiając, że nie chcemy się opowiedzieć po żadnej ze stron, ale za to obojgu ich bohaterów życzymy, żeby całe to przykre doświadczenie pchnęło ich życia w jakimś lepszym kierunku.


ZGUBIŁAM SWOJE CIAŁO (reż. Jérémy Clapin)

W roku 2019 nie brakowało dobrych animacji, film „Zgubiłam swoje ciało” zachwycił mnie jednak najbardziej, bo stanowi pełny pakiet. Jest pięknie animowany, oparty na wciągającej historii i wypełniony po brzegi kompletem różnych emocjami. Nieważne, czy chodzi o romantyczne gesty zakochanego chłopaka (długa rozmowa przez domofon podczas ulewnego wieczoru to najromantyczniejsza scena jaką widziałem w tym roku w kinie), nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, szczere w swej naturalności interakcje międzyludzkie, czy też odciętą dłoń (warto dodać, że żyjącą i myślącą) walczącą o przeżycie w starciu z gołębiem i agresywnymi szczurami – opowieść zawsze generuje zamierzony efekt w odbiorcy. Jest wzruszająco, przygnębiająco, ujmująco i zdecydowanie emocjonująco.

Nie powinno w sumie dziwić, że ten film tak zgrabnie żongluje romantyzmem, nostalgią, humorem i elementami realizmu magicznego, bo jednym ze scenarzystów jest Guillaume Laurant, stały współpracownik Jean-Pierre Jeuneta, mający na koncie chociażby scenariusz „Amelii”.


PEWNEGO RAZU… W HOLLYWOOD (reż. Quentin Tarantino)

Kilka miesięcy temu nie brakowało osób, których nowy film Quentina Tarantino rozczarował. Nie było to zadziwiające, bo Tarantino nie spieszy się z fabułą, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo. Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, ale gdy Quentin w końcu wrzuca wyższy bieg, robi to w tak szalony sposób, że widz ma ochotę zaklaskać.

Co ważne, Tarantino dokonuje tutaj czegoś cudownego - zrzuca z Sharon piętno ofiary, odsuwa od widza krwawe wizje z miejsca zbrodni, pozwala na trochę zapomnieć o tym, jak zakończyło się jej życie, a zamiast tego pokazuje jak żyła i jakim była cudownym człowiekiem. Reżyser do spółki z urzekającą Margot Robbie sprawiają, że Sharon Tate staje się istotą z krwi i kości, która będzie teraz kojarzyć się z czymś innym. Ze spacerem po ulicy L.A. w białych kozaczkach wśród klasycznych plakatów filmowych i pięknych samochodów. Z kobietą zgarniającą z ulicy autostopowiczkę, przegadującą z nią całą drogę przez miasto, a na koniec żegnającą się z nią, jak z dobrą koleżanką. Z żoną prezentującą mężowi dobrą książkę („Tessa d'Urberville”), która zainspiruje go później do nakręcenia filmu. Z brudnymi stopami. Z dziewczyną, która idzie do kina na własny film, bo chce go doświadczyć z publicznością, poczuć energię płynącą od widzów, że śmieją się tam, gdzie powinni się śmiać, a ekscytują tam, gdzie powinni się ekscytować. Piękne jest to, że obserwujemy wtedy na ekranie prawdziwą Sharon Tate. Quentin zaryzykował wyrwaniem widza z iluzji i czaru rzucanego przez Margot, ale było warto, bo oddał mały hołd kobiecie, którą na pół wieku uczyniono ofiarą i „martwą żoną Romana Polańskiego”. Cudownie, że znowu stała się „po prostu” Sharon Tate, młodą, piękną aktorką, która próbowała kiedyś szczęścia w Hollywood.


FAWORYTA (reż. Jorgos Lantimos)

Jorgos Lantimos, autor „szalonych” greckich filmów, odkąd zaczął zatrudniać angielskojęzycznych aktorów to z każdym kolejnym projektem ustawiał się trochę bliżej „normalnego” kina hollywoodzkiego. Efektem (finalnym?) tego jest „Faworyta”, która zgarnęła ogromną liczbę nominacji do przeróżnych nagród filmowych, w tym aż 9 oscarowych, i to w najważniejszych kategoriach, co ostatecznie zakończyło się statuetką przyznaną cudownej Olivii Colman. Zupełnie nie przeszkadza mi taki skręt w kierunku filmów „przystępniejszych” dla odbiorcy, bo Lantimos wciąż pozostaje sobą, artystą lubiącym absurd i zaskakiwanie widza nieoczywistymi rozwiązaniami, ale przez konsekwentne piłowanie swoich pazurów zyskał dostęp do utalentowanych artystów (i solidnych budżetów), którzy uszlachetniają jego dzieła i pomagają im dotrzeć do większej liczby odbiorców. „Faworyta” to kino kostiumowe opowiedziane z brawurą i humorem, oddające scenę paniom, które dzielą i rządzą, zarówno w historii, jak i przed kamerą (zasłużone morze nominacji aktorskich dla całego wspaniałego kobiecego tercetu).


NA NOŻE (reż. Rian Johnson)

Możliwe, że „Na noże” straci przy kolejnych seansach. Nie wiem, jak jego formuła kina kryminalnego zbudowanego wokół zagadkowego zgonu napędzającego całą fabułę sprawdzi się przy kolejnych seansach, ale ten pierwszy był bardzo satysfakcjonujący. Jest to film, którego warto było doświadczyć w kinie, nie dla powalających efektów specjalnych i niesamowitej strony wizualnej, ale dla atmosfery grupowego przeżywania tej historii.

Scenariusz jest zabawny, błyskotliwy, pogrywający sobie z gatunkiem i jego regułami, wypełniony po brzegi charakterystycznymi bohaterami, odegranymi przez plejadę zdolnych aktorów, którzy przed kamerą wyraźnie mieli równie dużo radochy, co widzowie patrzący na nich. W tę historię się wskakuje, dając się pochłonąć stworzonemu światu, tropiąc detale w słowach i zachowaniach postaci, a także uważnie przyglądając się temu, co widać na drugim planie, próbując samemu rozwikłać zagadkę śmierci nestora rodu. I czuje się, że reszta osób na sali kinowej robi to samo, chłonie historię, żywo przy tym reagując na żarty, cięte dialogi, ale też twisty fabularne.


TOY STORY 4 (reż. Josh Cooley)

To niedorzeczne jak dobrym filmem jest „Toy Story 4”. Jeżeli ostatnie sto lat kina czegoś nas nauczyło to tego, że filmy z czwórką w tytule nie mają prawa być tak bardzo udane. Pixar tymczasem zawstydził nie tylko robione od sztancy sequele, ale też konkurencję od lat trzaskającą przeciętniaki, ochoczo odcinającą kupony od jednego genialnego pomysłu o żółtym kolorze. „Toy Story 4” oszałamia już na wstępie jakością animacji, wręcz absurdalną dbałością o detale, i tym, jak pięknie się to wszystko prezentuje od strony wizualnej. Historia wprawdzie nigdy nie wskakuje na tak wysokie emocjonalne rejestry, co w wiadomej scenie z trzeciej części, ale też nie próbuje, bo jest to zupełnie innego rodzaju opowieść. „Toy Story 4” jest trochę gorzką, chwilami ponurą, ale zawsze odnajdującą w tym jakąś nadzieję i ciepło, historią o dojrzewaniu, przede wszystkim emocjonalnym, do podjęcia pewnych decyzji. Jest to film pomysłowy, energetyczny, zabawny, stale czymś zaciekawiający i oferujący ładny finał dla tej 24-letniej już serii. Kolejny już zresztą.

I w sumie to nawet nie tyle finał, co raczej epilog, zabierający na jeszcze jedną przejażdżkę z ekipą Woody’ego. Było warto wziąć w niej udział.


MIDSOMMAR. W BIAŁY DZIEŃ (reż. Ari Aster)

Co urzekło mnie przy pierwszym seansie, i nie zmieniło się przy drugim, to obserwowanie fascynujących pogańskich rytuałów, które widz odkrywa powoli razem z bohaterami. Od filmu odbiło się bardzo wiele osób, bo pewnie spodziewali się mocnego horroru dającego po głowie, a film wprawdzie rzeczywiście daje po głowie, ale groza wynika raczej z niewiedzy na temat tego, czego możemy się spodziewać przy następnym rytuale, a nie elementów typowego horroru. Doskonale rozumiem, że tempo „Midsommara” może być zniechęcające, a groteska w jaką popada pod koniec nie polepsza sytuacji, ale w tym tkwi właśnie jego siła, w zaciekawieniu z jakim Aster przygląda się pogańskiej komunie i jej interakcjom z bohaterami filmu oraz w zupełnym braku hamulców, gdy już wszystko zostaje ujawnione i rozwinięte przed nami.

Cudowna jest tutaj Florence Pugh, zarówno w pierwszej godzinie filmu, gdy jest zrozpaczoną kobietą, której całe życie zostało rozszarpane na strzępy (moment, gdy pierwszy raz słyszymy jej rozdzierający serce wrzask pozostał ze mną długo po pierwszym seansie), jak i później, gdy z jednej strony próbuje ogarnąć umysłem to, czego jest świadkiem w osadzie, a z drugiej, gdy próbuje zrozumieć swoją relację z partnerem i dojrzeć do decyzji o ostatecznym zerwaniu jej. Przepięknie to wszystko wygląda. Paweł Pogorzelski znowu pozamiatał i stanął na głowie żeby dostarczyć soczyste kadry. Chwilami dosłownie, bo kamera miejscami wyczynia tutaj niezłe fikołki. Dopełnia to klimatyczna muzyka Bobby’ego Krlica i żelazna dyscyplina z jaką reżyser opowiada, ale też klei (niektóre cięcia montażowe są fantastyczne), tę popieprzoną historię.


BOŻE CIAŁO (reż. Jan Komasa)

Najlepszy film Jana Komasy. Jest tu dużo dobra: surowego, ale nieprzesadzonego portretu polskiej prowincji, pięknych zdjęć, zgrabnie napisanych bohaterów, doskonałej obsady, ale po kilku miesiącach od premiery w głowie najbardziej siedzi jedna rzecz, a w zasadzie to osoba, Bartosz Bielenia. Doskonała rola. Bielenia ma twarz, w której można wyczytać wszystkie emocje (te oczy!), ale nie odgrywa całego filmu na jednej nucie, potrafi być wrażliwy, przejmujący, natchniony, bywa jednak też agresywny, wulgarny, prostacki. Zawsze trafia w punkt, zawsze bez cienia fałszu.


MAIDEN (reż. Alex Holmes)

Dokument o pierwszej w historii kobiecej załodze startującej w prestiżowych, a przy tym niebezpiecznych i bardzo wymagających fizycznie, wielomiesięcznych regatach Whitbread Round the World Race. „Maiden” to fascynujący, ale też cholernie emocjonujący, zapis walki człowieka z naturą, bo na suchym lądzie to męscy szowiniści i skostniałe poglądy mogły stanowić głównego przeciwnika, próbującego odebrać prawo do robienia tego, co się zamarzyło młodym żeglarkom, ale na otwartej wodzie musiały zmierzyć się z jeszcze gorszym wrogiem, nieugiętą siłą natury, która w każdej chwili była gotowa na odebranie im życia. Ocean nie wybacza błędów. Moment, gdy bohaterki dopływają w końcu do jednego z portów, pierwszy raz wygrywając etap regat, wbrew ekstremalnym warunkom pogodowym i protekcjonalnym uwagom konkurencji oraz komentatorów sportowych, no to był ten moment, gdy się autentycznie wzruszyłem.

Jest w tym filmie jeszcze kilka takich momentów autentycznie chwytających za serce (również tych gorzkich). Od strony formalnej „Maiden” nie oferuje niczego nadzwyczajnego: standardowe żonglowanie wypowiedziami gadających głów z archiwalnymi ujęciami (bohaterki nagrały sporo materiału dokumentującego ich życie na łodzi). Jest to jednak tak wciągające, angażujące emocjonalnie (jeżeli jeszcze nie znacie ich historii to będziecie mocno trzymać kciuki za końcowy wynik bohaterek) oraz interesujące, że w sumie do utrzymania uwagi odbiorcy nie potrzebuje niczego więcej, jak tylko tej niesamowitej historii o kilkunastu kobietach skupionych na jednym celu. Pokochacie to nawet jeżeli nie uważacie żeglarstwa za coś interesującego, bo to jest jeden z tych filmów, które pozwalają zrozumieć czyjąś pasję.



MIRAI (reż. Mamoru Hosoda)

Nieczęsto mamy okazję oglądać anime w naszym kraju na dużym ekranie. Ucieszyło mnie więc, że Stowarzyszenie Nowe Horyzonty postanowiło podjąć się dystrybucji nowego filmu Mamoru Hosody. „Mirai” mogła jednak zmęczyć, bo głównym bohaterem filmu jest rozwrzeszczany kilkulatek, który non stop drze buzię, co może dość skutecznie odrzucić od filmu. Jeżeli jednak nie przeszkadzało Wam to w filmie „Florida Project”, który zapewne wiele osób obdarował bólem głowy, no to jesteście bezpieczni, tutaj jest tylko jeden dzieciak nadużywający swojego otworu paszczowego i daleko mu do decybeli generowanych przez małoletnią ekipę z produkcji Seana Bakera.

„Mirai” nie mogła być inna, bo historia opowiada o rozpieszczonym jedynaku, który nagle traci swój status „najciekawszego stworzenia” w rodzinie. W domu pojawia się noworodek, siostrzyczka Kuna, czyli tytułowa Mirai. Rodzice pochłonięci opieką nad nowym dzieckiem oraz implementacją pewnych zmian w rozkładzie domowych obowiązków nie poświęcają synowi takiej uwagi co dawniej, a Kuna ciężko to znosi. Chłopiec cały czas walczy o uwagę najbliższego otoczenia, zafascynowanego nowym członkiem rodziny, co najczęściej przejawia się atakami dziecięciem histerii, natarczywym zachowaniem, a nawet agresją względem siostry. Hosoda wplata w historię dużo humoru, realizmu magicznego, ale przede wszystkim to rodzinnego ciepła i wnikliwej obserwacji zachowań małych dzieci.


AVENGERS: KONIEC GRY (reż. Anthony Russo, Joe Russo)

Jak przekonali się boleśnie twórcy (a jeszcze boleśniej jego fani) serialu „Gry o tron”, opowiedzenie zakończenia historii, która przez lata trzymała widzów przed ekranami, nie jest łatwym zadaniem. „Avengers: Koniec Gry” to wprawdzie nie tyle zakończenie, co raczej podsumowanie ostatnich 11 lat (i ponad 20 filmów) spędzonych z MCU, ale wywiązuje się z tego zadania idealnie. Film oferuje wzruszające pożegnania z niektórymi postaciami, solidną dawkę kina przygodowego w środkowej części, odpowiednią porcję zgryzoty w pokazywaniu skutków tragicznego finału „Wojny bez granic”, a także konkretną rozpierduchę w finałowym akcie, zapewniając przy tym satysfakcjonujące rzucanie w widza wszystkim tym, co zostało mu przedstawione w poprzednich filmach. Martin Scorsese powie, że jest to ekwiwalent przejażdżki kolejką górską, ale cholera, jednego dnia człowiek potrzebuje zobaczyć w kinie coś poniewierającego nim emocjonalnie albo stawiającego jakieś wyzwanie intelektualne, a innego dnia chce po prostu zobaczyć jak zielony typ pierze się po ryju z fioletowym typem.


JUTRO ALBO POJUTRZE (reż. Bing Liu)

Bing Liu przez przynajmniej połowę życia robił dwie rzeczy, jeździł na deskorolce i kręcił swoich kolegów jeżdżących na deskach. Zaowocowało to dokumentem portretującym w ciepły sposób grupę młodych skejtów, którzy większość wolnego czasu spędzają w skate parku. Przynajmniej tak wydaje się na początku, bo dość niespodziewanie, pewnie nawet dla samego twórcy filmu, skończyło się to stworzeniem czegoś o wiele bardziej poruszającego. Lata leciały, kolejne siniaki na ciałach młodych skejtów pojawiały się i znikały, a niestrudzony Liu dalej uganiał się za kolegami z kamerą. Nagle niefrasobliwe buzie przepełnionych energią nastolatków, przed którymi było jeszcze całe życie wypełnione różnymi możliwościami, zmieniły się w twarze pozbawionych złudzeń dwudziestokilkuletnich mężczyzn, rozumiejących już, że urodzili się na dole drabiny społecznej i odchodząc z tego świata będą znajdować się (w najlepszym razie) o zaledwie kilka szczebli wyżej.

„Jutro albo pojutrze” to intymny portret grupy mężczyzn, którzy odkrywają, że jazda na desce od zawsze była dla nich rodzajem ucieczki od problemów i znojów codziennej egzystencji, a przemoc domowa, która była stałym elementem dzieciństwa większości z nich, odcisnęła piętno na każdym z nich, ale podczas gdy jedni zaczęli powtarzać zaszczepiony im wzór relacji opartych na przemocy, drudzy przyglądają się temu w zasmuceniu. Piękny i empatyczny dokument będący emocjonalną podróżą w głąb dusz młodych mężczyzn.


DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK (reż. Lars von Trier)

Sporo zostało powiedziane o przemocy w tym filmie (z premierowego pokazu w Cannes wyszło 100 osób), co oczywiście nie dziwi. Reżyser nie ma litości, nie szczędzi widzowi widoku zmiażdżonych głów, odciętych piersi i maltretowanych zwierząt. Sceną, która „słabsze ogniwa” ostatecznie popchnie do zakończenia seansu, jest moment, gdy w filmie pojawia się matka z dwójką małych dzieci…

Błędnym byłoby jednak założenie, że pomysł reżysera na film „Dom, który zbudował Jack” ograniczył się do szokowania przemocą. Jest to projekt bardzo pomysłowy, skręcający w nieoczywistym kierunku w finale, a chociaż długość projekcji dochodzi do 150 minut to nawet przez moment nie odczuwa się zmęczenia i zniecierpliwienia. Ciągle się tutaj coś dzieje, zarówno na poziomie formy, jak i treści. Lars żongluje retrospekcjami, wstawia bohatera w sekwencje delikatnie burzące czwartą ścianę, bo stawiające go w roli ozdobnika formalnego uzupełniającego przekazywane informacje, a do tego pompuje do historii dużo humoru, oczywiście zazwyczaj równie czarnego, co jego serce. Jest to więc film niewątpliwie testujący odbiorców, sprawdzający granice ich smaku oraz wrażliwości, ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Larsie von Trierze?


MONUMENT (reż. Jagoda Szelc)

Jagoda Szelc nie potrzebowała wiele żeby wznieść się do stratosfery polskich twórców filmowych. Wystarczył jeden film. Debiut pełnometrażowy. Po filmie „Wieża. Jasny dzień” z zaciekawieniem i nadzieją czekano na kolejny projekt Jagody. Twórczy paraliż z całą pewnością nie groził pani Szelc, bo natychmiast zabrała się za realizację kolejnego projektu.

„Monument” to nakręcony za grosze dyplom studentów łódzkiej filmówki. Młodzi adepci aktorstwa potrzebowali tego na zaliczenie studiów, a Jagoda potraktowała to jako wyzwanie, które zarazem rozwiąże problem „drugiego filmu” i pozwoli skupić się na kolejnym projekcie. Postaci w filmie jest dużo, bo każdy młody artysta musiał dostać swoje pięć minut na ekranie, nie wszyscy wykorzystali to równie dobrze, ale na szczęście nikt nie ciągnie projektu w dół, w czym pewnie zasługa reżyserki, która budowała postacie opierając się na osobowościach samych aktorów.

„Monument” trochę kojarzył mi się z twórczością Yorgosa Lanthimosa, głównie za sprawą wielu zagadkowych wątków i nierealistycznych reakcji postaci na dziwaczne sytuacje, ale końcowy „twist” nadaje temu wszystkiemu sensu i całość zyskuje przy kolejnym seansie. Gdy już wiadomo co się dzieje, na wszystkie motywy patrzy się jak na osobne opowieści skupione na czymś, co wszystkie postacie muszą sobie przepracować w głowie przed wyruszeniem w dalszą drogę. Fascynujące, pobudzające intelektualnie i niepozwalające o sobie zapomnieć kino.


JOKER (reż. Todd Phillips)

Oczywiście łatwo jest zbagatelizować film Todda Phillipsa, że gdyby nie wybitna rola Joaquina Phoenixa to byłby tylko marną kopią twórczości Martina Scorsese z lat 70. i 80. Zgoda, inspiracja tamtymi filmami jest oczywista i reżyser nie próbował się z tym nawet kryć. Wykorzystuje to jednak do (kolejnego w tej dekadzie!) odświeżenia formuły kina superbohaterskiego, nadania mu jakiejś ciekawej głębi, a przy okazji udowodnienia, że filmy oparte na komiksach nie muszą być zawsze skierowane do całych rodzin, bo można stworzyć film przeznaczony tylko dla dorosłych odbiorców i wyjść na tym nie tylko „na czysto”, ale wręcz skończyć z rewelacyjnym wynikiem finansowym. Masowa publiczność przy pomocy swoich portfeli wysłała informację do Hollywood, która w najbliższym czasie może wpłynąć na niejeden projekt, i to nie tylko komiksowy, bo okazuje się, że w „dorosłej treści” jest też potencjał na ogromny sukces finansowy jeżeli tylko jest pomysł na wykorzystanie go w popkulturze i odpowiednie sprzedanie tego odbiorcom.


I MŁODZI POZOSTANĄ (reż. Peter Jackson)

Peter Jackson przejrzał setki godzin materiałów archiwalnych z czasów I wojny światowej i ulepił z nich dokument zabierający widza do śmierdzących okopów po których zostaje „oprowadzony” przez młodych brytyjskich żołnierzy. Nagrania zostały pokolorowane, część materiału poprawiona komputerowo, dodano efekty dźwiękowe i zapisy wywiadów z żołnierzami, a efektem tego jest wielogłos opowiadający nie tyle indywidualną historię wojennego piekła, co raczej pejzaż pokoleniowej traumy i dobitne świadectwo bezsensu wojennej pożogi.


LE MANS ‘66 (reż. James Mangold)

„Le Mans ‘66” to niby typowe, schematyczne, hollywoodzkie kino sportowe, odhaczające wszystko to, co powinno odhaczać takie kino. Ale kurna, jak to fajnie, zgrabnie i umiejętnie zrobiono! Film trwa 150 minut, ale nie czuć tego nawet przez minutę, bo historia pędzi do przodu, często dosłownie, zważywszy na tematykę, spychając wprawdzie nieco na bok psychologię postaci, skupiając się raczej na głównym celu bohaterów oraz rozczulaniu się nad męską przyjaźnią, ale dzięki temu film w ogóle nie przymula. Jest tu sporo humoru, zgrabnych dialogów, dobrych kreacji aktorskich (wiadomo, Bale), nieoczywistych piosenek w tle, ale przede wszystkim to energetycznego kopa, jakiego dają wszystkie sceny z udziałem samochodów. Już samej pracy silnika reżyser przygląda się tutaj z onanistyczną uwagą, a gdy dodać do tego sportowe fury prujące z zawrotną prędkością, no to nie sposób nie śledzić tego z podekscytowaniem i zachwytem, zwłaszcza, że sceny na torze wyścigowym zrealizowano doskonale. Nie znalazłem tutaj niczego, do czego mógłbym się szczerze przyczepić, a za to wielu rzeczom mógłbym przyklasnąć, bo chociaż „Le Mans ‘66” nie wyróżnia się niczym szczególnym, to został zrealizowany z miłością do opisywanej historii, realizacyjnie dopięto tutaj wszystko na ostatni guzik, a do tego jest na tyle przyjemny i wciągający, że będzie się chciało do niego wracać w przyszłości.


TO MY (reż. Jordan Peele)

Film „To my” najpierw mnie zaintrygował wprowadzeniem do historii, następnie zachwycił zgrabnością z jaką Peele prowadzi narrację i operuje warsztatem, poczułem się rozbawiony, zaciekawiony, pobudzony intelektualnie, a co najważniejsze - zaangażowany w życie filmowej rodziny i jej losy w drugiej połowie filmu. Obchodziło mnie, co się z nimi stanie w momencie kryzysu, bo najpierw skutecznie sprzedano ich w „normalnych” okolicznościach, gdy wspólnie jedli śmieciowe żarcie, gadali o pierdołach i przekomarzali się ze sobą. Film jest do tego nasycony, a wręcz przesycony, symboliką. Podczas seansu można się doszukać garści metafor na kilka różnych tematów, a później znaleźć w sieci jeszcze drugie tyle kolejnych znaczeń odkrytych przez innych ludzi. Wszystko to powinno się złożyć na horror wybitny, ale tak się nie dzieje, bo wypchany po brzegi treścią scenariusz, pęka nieco na szwach.

Jest pewnym paradoksem, że film, który został ewidentnie stworzony z myślą o dociekliwych widzach, uważnie analizujących oglądane dzieło, w pewnych kwestiach wymaga zawieszenia niewiary i zignorowania ogromnych dziur logicznych. Wielką zaletą „To my” jest natomiast to, że można odciąć się od tego wszystkiego, zapomnieć nawet o tych wszystkich sprytnych metaforach, zignorować przewijający się przez cały film dualizm, wszystkie te mniej lub bardziej subtelnie powiązane z tym symbole (ciągle powracająca liczba jedenaście, żywy pająk drepczący obok tego zabawkowego, prawdziwe bliźniaczki, dwie łodzie, etc.) i pomysłowe zwiastowanie przyszłych wydarzeń (ogromne cienie wychodzące z bohaterów podczas spaceru przez plażę), a nadal otrzymamy cholernie satysfakcjonujący film. Jordan Peele to szalenie utalentowany reżyser, umiejętnie budujący kolejne klimatyczne sceny, równie zgrabnie operujący atmosferą, jak i humorem (moim faworytem jest rodzina licytująca się na ilość dokonanych mordów), dobrze wyczuwający rytm filmu i rozumiejący, gdzie można przystanąć na chwilę, gdzie trzeba nieco przyspieszyć, a co warto by doprawić dobrą piosenką.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza