niedziela, 2 lutego 2020

Uncut Gems (Nieoszlifowane diamenty) - recenzja


Z dużą satysfakcją obserwuję artystyczny rozwój braci Safdie, jak z dobrego kina festiwalowego z nieznaną obsadą („Bóg wie co”) płynnie przeskoczyli do dobrego kina festiwalowego ze znanym aktorem („Good Time”) żeby w końcu dostarczyć rewelacyjny film, który… leży gdzieś pomiędzy tytułem „dla wtajemniczonych” kinomanów, a kinem głównego nurtu. „Nieoszlifowane diamenty” spokojnie mogłyby się znaleźć (a wręcz powinny) w tym roku wśród grona nominowanych do najważniejszych nagród filmowych. Film został niestety zupełnie zignorowany przez większość z nich. W tym przypadku nie należy się jednak zastanawiać nad tym, czego tej produkcji zabrakło, żeby została później należycie doceniona, a raczej wskazać na to, co jej w tym przeszkodziło. Przyczyny są dwie. Jest to o tyle tragiczne, że obie te „przeszkody” stanowią jednocześnie o sile tego filmu i czynią go jedną z najlepszych tegorocznych premier.

PO PIERWSZE, Adam Sandler, który jest tutaj fantastyczny, ale jest Adamem Sandlerem, królem żenujących komedii, i choćby nie wiem jak dobrze zagrał raz na dekadę, to wiele osób nigdy mu nie zapomni tego, że przez większość czasu występuje tylko w głupich filmach. Szkoda, bo tutaj pokazuje, że nawet korzystając z wielu swoich sztuczek słabego komedianta, jest w stanie stworzyć pełnokrwistego bohatera, gdy tylko te firmowe manieryzmy zostaną odpowiednio utemperowane, ukierunkowane i umieszczone w odpowiednim kontekście. Kontekstem, czyli PO DRUGIE, są artystyczne korzenie braci Safdie wywodzących się z kina niezależnego, co czyni „Nieoszlifowane diamenty” tak ekscytującą przejażdżką, ale też odrzuci od filmu widza spragnionego kina „wygładzonego”, będącego oszlifowanym diamentem, wyzbytym brudu, natychmiast zachwycającym oczy i nie wprawiającym w estetyczny dyskomfort swoją chaotyczną naturą. Chaos jest trwale wpisany w kod genetyczny tego filmu, będącego chaotyczną, krzykliwą, energetyczną podróżą w której naszym przewodnikiem jest nieokiełznana siła natury o twarzy Sandlera.

Jego bohater pławi się w chaosie, a nieuporządkowane życie to jedyne co zna. Wieczna improwizacja, balansowanie na krawędzi, wbrew rozsądkowi i ostrzeżeniom innych, ciągłe zdawanie się na przypadkowość losu, obsesyjne wręcz rzucanie się na ślepo w głęboką wodę, ale też ciągła pogoń za jakimś wzorcem, mapą przeznaczenia, czy też wytrychem do szczęścia, nie czynią jego życia łatwym, bo wokół niego wiecznie coś wybucha, jeden rozwiązany problem prowadzi do dziesięciu innych, a egzystencja sprowadza się do wiecznej walki o utrzymanie się na powierzchni. Oddaje to konstrukcja filmu, będącego energetyczną opowieścią leżącą gdzieś na przecięciu trzymającego za gardło thrillera, a poniewierającego emocjami dramatu gościa uzależnionego od ryzyka. Bracia Safdie często wrzucają go w środek kakofonii dźwięków i krzyków, mnożąc do przesady liczbę otaczających go bodźców, tych wizualnych, dźwiękowych, ale też po prostu nakładających się na siebie wątków oraz dialogów. O ich wielkim reżyserskim kunszcie świadczy to, że nigdy nie przeradza się to w nieczytelny bełkot, zawsze potrafią wyodrębnić z tego chaosu najbardziej istotne informacje. Uczestnictwo w tym doświadczeniu może przyprawić widza o ból głowy, ale będzie on ceną warta zapłacenia za wzięcie udziału w intensywnym, ponad dwugodzinnym, filmowym rajdzie, którego finał może zwalić z nóg.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza