sobota, 1 lutego 2014

Inside Llewyn Davis (Co jest grane, Davis?) - recenzja


O jak cudownie, że powstają takie filmy. Tytuły odnawiające miłość do kina. Aplikujące świeży zastrzyk pasji do celuloidu. Gdy zaczynam już popadać w rutynę, machinalnie odhaczać weekendami kolejne premiery, przedzierać się przez podobne do siebie blockbustery, przebijać przez nużące schematy gatunkowe, z entuzjazmem (i lekką desperacją) wyłapując w nich wszelkie odchyły od normy, wypatrując czegoś świeżego, innego, poruszającego, dokonującego egzorcyzmu na tkwiącym we mnie zblazowanym kinomanie, który widział już „wszystko”. I oto jest, doczekałem się, bracia Coen znowu tego dokonali, kolejny już raz ocalili mnie od piekła nudy, udowodnili, że kino może wciąż poruszać, nie ulatywać z głowy tego samego dnia, a nawet towarzyszyć przez resztę tygodnia, a może i miesiąca. „Co jest grane, Davis?” mógłby leczyć raka, gdyby zdiagnozowano u kogoś nowotwór znużenia.

Zapałałem do tego filmu uczuciem głębokim, ale niełatwym, to nie miłość od pierwszego spojrzenia, o nie. Pierwsze opisy fabuły, recenzje, zwiastuny, zapowiadały tytuł dobry, ba, potencjalnie bardzo dobry, ale raczej z cyklu: „doceniam reżyserskie rzemiosło, operowanie klimatem i słowem, machinalnie jednak zaznaczam wysoką ocenę, szybko wyrzucam z głowy i przechodzę do następnego tytułu”. Nie doceniłem braci C., oj nie doceniłem. Nie po raz pierwszy już nakręcili film po swojemu, nieoglądający się na trendy, nieschlebiający widowni, stawiający przed nią wyzwanie, wymagający poświęcenia uwagi, niezrażania się powolnym, gawędziarskim tempem, zatopienie w melancholijnym klimacie i w spokojnych folkowych piosenkach. Do tego jest jeszcze odpychający główny bohater. Egoistyczna zdradziecka szumowina, żerująca na dobroci innych, wbijająca w podzięce nóż w plecy, może nie skończony bydlak perfidnie robiący na złość innym, czasem nawet zdarzy mu się zrobić coś dobrego, ale jakimś cudem zawsze zdoła innym uprzykrzyć życie, wpakować w kłopoty i tchórzowsko porzucić.

Cierpliwi widzowie, niezrażający się łatwo, zostaną jednak nagrodzeni. Wiele można o braciach Coen powiedzieć, ale na pewno nie można im zarzucić braku talentu do płodzenia zapadających w pamięci bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Tym razem wznieśli się na wyżyny, począwszy od cudownej Carey Mulligan, będącej w stanie permanentnej furii (już dawno nikt tak cudownie nie strzykał jadem), poprzez od dawna u nich nie widzianego Johna Goodmana w roli poruszającego się o kulach heroinisty, który jeżeli akurat nie jest na haju, to serwuje niekończące się agresywne tyrady, a kończąc na Garrettcie Hedlundzie, bawiącym się wizerunkiem beatnikowskiego outsidera, którego wykreował występując przed dwoma laty „W drodze”. A to jedynie wierzchołek góry lodowej, przez film przewija się tabun fascynujących postaci, za długo by wszystkich wymieniać.

Kończąc, muszę wspomnieć o jeszcze jednym szczególe. W filmie pojawia się przeuroczy kot, a w sumie to nawet i dwa sierściuchy. Film z kotem nie może być zły, amerykańscy naukowcy już dawno temu to udowodnili. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza