poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wild (Dzika droga) - recenzja


Jeśli wierzyć teorii, że ton filmu nadają pierwsze minuty i zapowiadają, czego możemy się spodziewać podczas dalszego seansu, to "Dzika droga" byłaby filmem o klimacie ciężkim jak tyłek Kim Kardashian. Główną bohaterkę poznajemy w bardzo nieciekawych okolicznościach. Wyczerpana, obolała i posiniaczona, pada ciężko na ziemię, żeby zdjąć obuwie. Odsłania to przed widzem obraz nędzy i rozpaczy: zmaltretowane, brudne i zakrwawione stopy, a na jednej z nich urwany paznokieć na dużym palcu. Paznokieć, który bohaterka musi wyrwać do końca, ku utrapieniu widzów, nerwowo wiercących się w fotelach kinowych, syczących, jęczących i odwracających wzrok od ekranu. Ale nie ma lekko, paznokieć sam się nie wyrwie...

Wbrew jednak traumatycznej scenie otwierającej, nie jest to film przesadnie znęcający się nad wrażliwymi odbiorcami. W zasadzie, to reżyser już później w ogóle nie sięga po tak dosadne bodźce wizualne, co bynajmniej nie znaczy, że widz nie będzie się jeszcze wielokrotnie wiercił w fotelu obgryzając z nerwów paznokcie. Reżyser, Jean-Marc Vallée ("Witaj w klubie"), doskonale panuje nad materią filmu, zapewniając odbiorcy cały przekrój stanów emocjonalnych. Bohaterka, Cheryl Strayed (Reese Witherspoon), w swej samotnej pieszej wędrówce doświadcza rzeczy pięknych, ale i również przerażających, niepokojących spotkań na bezludziu z mężczyznami (których bawi straszenie bezbronnej kobiety), grzechotnikiem (którego bawiło straszenie bezbronnej kobiety) oraz... króliczkiem.

Kanadyjski reżyser dobrze wie, kiedy należy dokręcić śrubę i sprawić żeby widz osunął się z nerwów w fotelu, ale rozumie także, kiedy go można rozbawić, rozluźnić, wzruszyć. Bohaterka wyrusza w osobistą podróż z nadzieją, że odnajdzie przy okazji nową życiową drogę, znajdzie odkupienie za dawne błędy i wyprostuje swoją niezadowalającą egzystencję. Problem w tym, że wyrusza nieprzygotowana, uzbrojona w ogromny plecak pełen niepotrzebnych klamotów i z niewielką wiedzą na temat tego, co jest tak naprawdę potrzebne do przeżycia w dziczy. Jest więc to oczywistym źródłem żartów, z czego Vallée korzysta z umiłowaniem.

Odkładając jednak żarty na bok, jest to przede wszystkim film o podróży, o czerpaniu z niej pozytywnych wartości i próbie uzdrowienia podczas tego procesu zgniłej duszy. Przeszłość bohaterki poznajemy poprzez liczne retrospekcje, kryją się tam sceny odważne jak na amerykańskie kino głównego nurtu, ale w zasadzie mało odkrywcze, sięgające po wytarte motywy i w gruncie rzeczy przewidywalne. Nie jest to element, bez którego historia mogłaby się obejść, bo pozwala lepiej zrozumieć motywacje Cheryl, ale zarazem jest to najmniej interesujące w filmie. Nadrabia to jednak z nawiązką sama podróż, która urzeka na wielu poziomach. Bo jest w tym przygoda, radość z poznawania świata, nawet jeżeli tylko z poziomu fotela kinowego, nowych ludzi, interakcji z przyrodą, pokonywania swoich słabości, delektowania się samotnością, ale i chwytania każdej możliwej okazji do kontaktu z innymi.

Nie jest to jednak film dla każdego, bo wymaga wskoczenia w zakrwawione buty Cheryl, rozsmakowania się w podróży przez amerykańskie bezdroża, chłonięcia piękna natury oraz delektowania się ciszą i długim osamotnieniem. Jeżeli to was przekonuje, to zniesiecie miejscami pretensjonalne i odrobinę naiwne wewnętrzne monologi bohaterki (nie brakuje za to też zabawnych, którym sekundują różne fajne sztuczki realizacyjne), tym bardziej, że od filmu bije szczerością. Braku tego ostatniego nie można również zarzucić kreacji Reese Witherspoon, która dobitnie udowadnia, że jest utalentowaną i ambitną aktorką, poszukującą nowych wyzwań, a Oscar sprzed kilku lat nie trafił jej się przypadkiem. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza