środa, 12 października 2016

Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children (Osobliwy dom Pani Peregrine) - recenzja


Tim Burton's Home for Peculiar Mutants, czyli co by było gdyby... Burton nakręcił "X-men: Pierwsza klasa". Eva Green z fajką w ustach, Samuel L. Jackson z gębą pełną ostrych zębów i fryzurą typu Narzeczona Frankensteina skrzyżowana z Siergiejem Eisensteinem, a reżyser niestety nieco bez ikry, ale za to z różnymi fajnymi pomysłami. Zanim jednak przejdziemy dalej muszę coś wyznać. Jestem beznadziejnym przykładem miłośnika twórczości Burtona, podoba mi się niemal wszystko, co amerykański twórca zrobił do tej pory. "Osobliwy dom Pani Peregrine", choć nie pozbawiony wad, oglądałem więc z przyjemnością.

Bardzo podobało mi się pierwsze kilkanaście minut, gdy jeszcze nie wiadomo do końca o co chodzi, młody bohater poszukując tytułowego domu Pani Peregrine trafia na walijskie odludzie, a scenarzysta bawi się możliwością, że młodzieniec może mieć problemy psychiczne. Później już nie wszystko w filmie działa tak jak należy, ale na poziomie pojedynczych scen potrafi oczarowywać i niektóre fragmenty zostają z widzem na dłużej. Nieco zaskakująca jest spora dawka makabry jaką przemycono do filmu oraz dość niepokojący wygląd potworów prześladujących bohaterów. Oczywiście gorąco temu przyklaskuję (zwłaszcza makabrze), ale jeżeli jakiś rodzic zabierze na film zbyt małe dziecko to podopieczny może później zaliczyć kilka bezsennych nocy albo zasypiać przy włączonej lampce.

Młodzi bohaterowie cierpią niestety na brak oryginalności. Większość z nich posiada specjalną zdolność, która zaistniała już gdzieś w popkulturze, albo co gorsza nadaje się jedynie na pojedynczy gag, a same postacie nie mają zbyt wiele ciekawego do zrobienia. Na szczęście z niektórymi bohaterami wiąże się kilka niespodzianek. Moje serce skradła - zrealizowana w formie poklatkowej animacji - scena walki na miecze pomiędzy dwiema figurkami ożywionymi przez jednego z młodzieńców, a w pamięci pozostanie znany ze zwiastuna moment usuwania wody z zatopionego okrętu, no i oczywiście sekret skrywany przez zamaskowanych bliźniaków.

Mógłbym oczywiście kręcić nosem, narzekając przez cały akapit na to i na tamto, ale tak prawdę mówiąc to nie chce mi się. Jeżeli komuś nie odpowiada współczesny Burton, albo (o zgrozo) nie trawi jego twórczości w ogóle, ten powinien omijać film szerokim łukiem, bo jest tu mniej więcej wszystko (z wyjątkiem stałego zestawu aktorów i kompozytora) co zgrzyta w jego nowych produkcjach. Fan twórczości nie przejmie się jednak tym co nieudane i skupi na przeskakiwaniu od jednego smakowitego momentu do następnego. A jest co docenić – klimat pojedynczych scen, mimo wszystko postacie (niektóre dość intrygujące), zalążki interesującej traumy psychicznej wiążącej się z przeżywaniem od dekad tego samego dnia (niestety nie zostało to należycie wykorzystane) oraz elementy scenografii i rekwizyty.

Nie jest to film do którego miałbym ochotę powrócić przez najbliższe dziesięć lat. Nikogo nie zamierzam również przekonywać do seansu, bo doskonale rozumiem, że nie każdemu on przypadnie do gustu, ale oglądałem go z przyjemnością i chciałem to tylko zasygnalizować. Jeżeli czyta to jakiś inny beznadziejny przypadek fana twórczości Tima Burtona to uspokajam - warto zobaczyć.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza