poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Córka trenera - recenzja


Ojciec i córka. Sezon wakacyjny. Krążą po kraju vanem, zaliczając kolejne hotele i pola kempingowe. Ona bierze udział w podrzędnych zawodach tenisowych walcząc o puchary gmin, regionów, województw. On ją trenuje, instruuje i strofuje. Wszystko poświęca karierze sportowej córki, problem w tym, że ona nie sprawia wrażenia przesadnie zainteresowanej tenisem.

„Córka trenera” to kino drogi. Opowieść o ojcu, który próbuje wyznaczyć życiową ścieżkę swojemu dziecku i ustawić kurs na „sukces”, a jednocześnie nadać sens własnej egzystencji i spożytkować jakoś posiadaną wiedzę. Historia o córce, która ma już dość, potrzebuje uwolnić się z kieratu narzucanego przez ojca, zbuntować się, tupnąć nogą i porobić coś głupiego, wypić piwo z kolegą, poobijać się rano w łóżku, zakochać w jakimś pretensjonalnym gościu, w skrócie: pobyć nastolatką. Jest to pocztówka z miejsc w Polsce, które nie zasługują na pocztówkę. Podróż po zadupiach, które równie często koją oczy odcieniami zieleni, co ranią je widokiem porzuconych ruin i wulgaryzmów nabazgranych na murach.

Jest to też popisówa aktorska. O tym, że Jacek Braciak wielkim aktorem jest, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Najwyższy był już więc czas żeby w końcu ktoś powierzył mu główną rolę. W roli surowego ojca dostarcza na każdym poziomie, gdy jest zabawny, czuły, opiekuńczy, ale też podczas napadów furii, gdy robi z siebie głupka swoją upartością i zawziętością oraz wywoływaniem kolejnych niepotrzebnych sprzeczek. Partnerująca mu Karolina Bruchnicka, debiutująca w pełnometrażowym filmie, nie odstaje, choć nie miała łatwo, bo Wiktoria nie została napisana jako typowa zbuntowana nastolatka. Jest osobą cichą, spokojną, operującą krótkimi ripostami i komentarzami, na błazeństwa ojca patrzącą ze starannie skrywaną drwiną czającą się w oczach. Bunt Wiktorii jest taki jak bohaterka, dojrzewa powoli w jej głowie i atakuje znienacka, ale zdecydowanie. Dobra rola, wyważona, mało efekciarska, ale spełniająca swoje zadanie.

Łukasz Grzegorzek (pojawiający się też w niewielkiej roli) zgrabnie buduje lekki klimat historii, nie popada przy tym w nużące banały, za to zręcznie wyłuskuje humorystyczne elementy z codzienności bohaterów, sprawnie buduje i rozwija relacje pomiędzy nimi, a całość doprawia ładnymi scenami ćwiczeń i starć na kortach tenisowych ilustrowanych nerwowymi solówkami na skrzypcach.

Film bywa jednak nierówny, szczególnie w pierwszych minutach, gdy w dialogach pomiędzy parą głównych bohaterów trafiają się fałszywe nuty. Coś tam zgrzytało, ale najwyraźniej wymagało tylko odpowiedniego naoliwienia, bo im dalej w historię tym mniej powodów do narzekań. Nie wiem, czy rzeczywiście tamte sceny były nakręcone jako pierwsze, ale najwyraźniej Braciak, Bruchnicka i Grzegorzek musieli się ze sobą najpierw nieco oswoić na planie zanim byli gotowi na zbudowanie przekonującej relacji na ekranie.

Udało się, bo film pozostawia po sobie tylko i wyłącznie pozytywne wrażenia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza