niedziela, 23 grudnia 2018

Płomienie - recenzja


Za tydzień do polskich kin wchodzi koreański film „Płomienie”. Jest to tytuł, który trafi na niejedną listę najlepszych tegorocznych premier. Widziałem go pół rok temu w Cannes. I odbiłem się od niego. Powolne kino, oparte na niejednoznacznościach i niespiesznej akcji, nie było idealną pozycją do zobaczenia pod koniec festiwalu i to jeszcze późno w nocy. Chyba nawet przysnąłem na kilka minut. Obiecałem sobie wtedy, że wrócę jeszcze do filmu w okolicy polskiej premiery i dam mu drugą szansę, ale tym razem zasiądę do niego po przespanej nocy. Misja wykonana.

Przy drugim podejściu połknąłem haczyk, wkręciłem się w historię, zaciekawiłem różnymi niuansami fabuł i podniosłem ocenę. Nie jest to jednak film do obejrzenia którego zachęciłbym z pełnym przekonaniem wszystkich czytelników. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Krytycy upodobali sobie określać koreańską produkcję mianem najsubtelniejszego thrillera tego sezonu. Jest to ładna myśl, ale jedynie w połowie trafiająca w sedno, a przynajmniej w uczciwe przedstawienie sytuacji. „Płomienie” to kino subtelne, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, ale thrillerem to jest jedynie w teorii. W drugiej połowie historia rzeczywiście korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. I to nie znaczy, że to jest zła praktyka, oznacza tylko tyle, że niekoniecznie należy polecać ten film osobom poszukującym azjatyckich thrillerów. Szczególnie, że smakosze gatunku zapewne odkryli już, ile dobra można odkryć w koreańskiej kinematografii.

Reżysera „Płomieni” interesuje raczej budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Drugą połowę filmu dominuje pytanie, czy ktoś jest tym, za kogo się podaje, czy też kimś zupełnie innym, ale nie dość, że Chang-dong Lee nie podaje jasnej odpowiedzi to nie kwapi się nawet do zadania bezpośredniego pytania. Nieuważny widz, nieczytający pomiędzy wierszami, nie wyciągający wniosków z delikatnie podsuwanych tropów i niepróbujący zrozumieć psychologii postaci, może być nieco zagubiony w finale i opacznie odczytać zachowanie głównego bohatera. Szczególnie, że jest on dość apatyczną i małomówną postacią, co nie ułatwia zrozumienia jego różnych zachowań.

Lee dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Rozwiązanie zagadki zaginięcia jednej postaci wydaje się oczywiste od samego początku, świadczą o tym liczne elementy fabuły i poczynania innych bohaterów, ale prawda jest taka, że ostatecznego dowodu nigdy nie dostajemy i to co pozornie wydaje się być niewinnym, uczciwym zachowaniem, skrywającym socjopatyczną osobowość, mogło być tylko niewinnym, uczciwym zachowaniem, któremu sami przypisaliśmy znamion demoniczności, zbyt łatwo skacząc do konkluzji na podstawie samych poszlak.

„Płomienie” już na początku historii mówią (ustami bohaterki), że jeżeli wierzymy w jakąś fikcję wystarczająco mocno to staje się ona prawdą. Jest to motyw, który przewija się przez cały film, stawiając pod znakiem zapytania wiele zachowań oraz słów wypowiedzianych przez bohaterów i potencjalnie wpływa też na finał filmu. Jestem wprawdzie przekonany, że główny bohater nie pomylił się, ale czy aby na pewno?

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza