poniedziałek, 20 maja 2019

A Hidden Life - recenzja


Terrence Malick nie ma litości dla niecierpliwych albo niewyspanych widzów. Fabułę, która wystarczyłaby na godzinę bardzo powolnego filmu rozciągnął do trzech godzin morderczo ślamazarnego filmu. Nie jest to film stworzony do oglądania w realiach festiwalowych, bo długie ujęcia na falującą trawę, górski strumyk i ludzi w falującej trawie patrzących na górski strumyk, okazały się być poważnym wyzwaniem dla mojego zmęczonego umysłu, który wyłączył się dwukrotnie podczas seansu. I tak prawdę mówiąc to nie byłem później pewien, czy po przebudzeniu patrzę na tę samą scenę z falującą trawą, czy też może przegapiłem jakąś sekwencję z górskim strumykiem.

Nabijam się trochę, bo Malick ma to do siebie, że lubi zawiesić się na jakimś statycznym kadrze z którego przeskakuje (albo raczej drepcze) do następnego statycznego kadru, ale zawsze wygląda to obłędnie i cieszenie tym oczu stanowi wartość samą w sobie. „A Hidden Life” zachwyca za każdym razem, gdy pokazuje pokryte zielenią górskie austriackie krajobrazy, gdy śledzi życie we wiosce, pokazuje stare drewniane chaty i miejscową ludność pochłoniętą swoimi codziennymi zajęciami. Niestety tym razem za zdjęcia nie odpowiadał Emmanuel Lubezki, ale ponieważ zastępujący go Jörg Widmer był operatorem kamery we wszystkich filmach Malicka od czasu „Drzewa życia” to bez większego problemu odnalazł się w charakterystycznym dla twórczości tego reżysera stylu wizualnym.

Jeżeli nie byliście w stanie przebrnąć przez ostatnie produkcje Malicka to „A Hidden Life” raczej nie trafi na listę waszych ulubionych tegorocznych premier kinowych. Zapowiadany powrót Malicka do tradycyjnej narracji filmowej oznacza w praktyce, że rzeczywiście jest tu jakaś historia, ale oficjalne streszczenie fabuły opowiada w zasadzie cały film. Oparta na faktach historia przybliża postać Franza Jägerstättera, austriackiego rolnika, który w czasie II Wojny Światowej odmówił walki po stronie nazistów. I niezależnie od tego, czy znacie szczegóły prawdziwych losów Franza, czy też dowiecie się o nich z filmu to najprawdopodobniej nie zostaniecie zaskoczeni przez (powolny) rozwój historii.

Oczywiście nie każda historia ma obowiązek zaskakiwać, a Malick zdecydowanie nie próbuje tego dokonać. „A Hidden Life” to medytacja na temat granic moralności w czasie wojny. Filozoficzny traktat o powinnościach wobec rodziny, społeczeństwa i własnego sumienia. I w końcu historia o nieprzyjemnych konsekwencjach podążania własną ścieżką jeżeli skierowana jest ona w odmiennym kierunku niż główny trakt używany przez resztę ludzi.

Nie wiem, czy to kwestia wspomnianego festiwalowego zmęczenia, czy też zbyt prostolinijnego scenariusza, ale niestety zupełnie nie chwyciło mnie to na poziomie emocjonalnym. Malick ładnie rozpisuje relację głównego bohatera z jego żoną i niespiesznie (no raczej) kreśli przykłady ostracyzmu z jakim spotykają się w rodzinnej wiosce, ale beznadziejna walka o ideały, jakiej podejmuje się Franz, działa wprawdzie na poziomie estetycznym, ale pozostawiła mnie obojętnym względem losu bohatera i skutków podejmowanych przez niego decyzji.

Gdy połączyć to z zamiłowaniem Malicka do kaznodziejstwa, natchnionych, górnolotnych przemyśleń płynących z głośników (oczywiście narracja z offu towarzyszy widzowi przez cały film), bogobojnością i sporą dawką pretensji – otrzymujemy film, który pewnie podzieli fanów jego twórczości, ale raczej nie przekona do niego nieprzekonanych.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza