piątek, 10 maja 2019

Long Shot (Niedobrani) - recenzja


Jeżeli nachodziliście się już do kina na „Endgame” to film „Niedobrani” jest komedią, którą warto teraz zobaczyć. Jest to nie tylko idealny pomysł na randkę z kimś, ale też na radosny wspólny wypad ze znajomymi, albo spontaniczny samotny seans, bo akurat przechodziło się obok kina a film się zaczynał za kilka minut (#truestory).

W „Niedobranych” wszystko działa jak należy. Przede wszystkim jest idealna chemia pomiędzy Sethem Rogenem i Charlize Theron. Oglądanie ich razem na ekranie sprawia czystą przyjemność. Można się zżymać z pomysłu, że cholernie ambitna i politycznie zaangażowana kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych mogłaby zakochać się w takim typie jak Seth Rogen, ale ja to kupiłem bez większych problemów. Jego bohater może wygląda niechlujnie, nie ma obycia w świecie „wyższych sfer” i jego życiowe osiągnięcia wypadają blado w zestawieniu z karierą Charlotte (Theron), ale gość jest bystry, spostrzegawczy, wprowadza do jej nieznośnie poukładanego życia (przepracowana bohaterka żeby odpocząć robi sobie mikro-drzemki polegające na staniu z otwartymi oczami) sporo chaosu i luzu, a co najważniejsze – potrafi ją rozbawić. Jestem w stanie uwierzyć, że mógł tym podbić jej serce.

„Niedobrani” to komedia romantyczna, ale zgrabnie unikająca wiążących się z tym kolein fabularnych i irytujących schematów. Głównie dlatego, że nie jest to historia o dwójce ludzi wzdychających do siebie i zmuszonych do radzenia sobie w trzecim akcie z jakimś bzdurnym problemem podrzuconym przez scenarzystów, który zazwyczaj dałoby się łatwo rozwiązać, gdyby tylko raczyli ze sobą szczerze porozmawiać i wysłuchać racji drugiej strony. W „Niedobranych” największym twistem jest to, że gdy pojawia się problem to oni naprawdę podejmują dyskusję. I to pomaga w rozwiązaniu problemu. Szokujące odkrycie.

Jednak to jest nie tyle historia romantyczna, co raczej opowieść o dwójce ludzi, którzy dobrze się bawią w swoim towarzystwie i spędzają ze sobą dużo czasu, a jakieś głębsze uczucie pojawiające się pomiędzy nimi wynika z tej relacji w naturalny sposób. A oni tak fajnie się razem bawią. Szczególnie, gdy Fred zabiera Charlotte w tango na miasto i zapoznaje z MDMA, a oczywiście nagle okazuje się, że bohaterka musi awaryjnie przeprowadzić telefoniczną negocjację w sprawie uwolnienia Amerykanina, który wpadł w ręce wroga. Widok naćpanej Theron próbującej zachować profesjonalizm i przytomny umysł (oraz sposób w jaki wybrnęła z tej sytuacji) to komediowe złoto.

I dużo jest w tym filmie takich właśnie scen, oferujących lekki, niewymuszony, bezpretensjonalny humor, który naprawdę bawi i utrzymuje w dobrym nastroju. Nie wspominając o kilku całkiem udanych spostrzeżeniach na temat seksizmu w polityce oraz kondycji współczesnej demokracji i przy okazji wyśmiania błaznów dostających się na szczyt władzy, czego uosobieniem jest filmowy amerykański prezydent, grany przez Boba Odenkirka, który sprawowania władzy uczył się z… wcielania się w prezydenta w popularnym telewizyjnym sitcomie.

Wychwalałem wcześniej łamanie schematów fabularnych, ale nie zrozumcie mnie źle, to wciąż jest dość standardowa komedia romantyczna, idąca jak po sznurku, często przewidywalna, oferująca dość naiwny w wymowie finał, ale naturalność i luz z jakim ekranowy duet przeprowadza nas przez tę historię, ilość udanych żartów, fajnych dialogów, pociesznych postaci drugoplanowych (O’Shea Jackson Jr.!) i pozytywny klimat unoszący się nad tym wszystkim, sprawiają, że ogląda się to z dużą przyjemnością.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza