poniedziałek, 1 stycznia 2024

Green Room (Sala strachu) - recenzja

 


Punkowa kapela w pogoni za groszem trafia do jakiejś lokalnej mordowni. Jak się okazuje, jest to miejsce zarządzane przez gang neonazistów, który w podziemiach klubu produkuje heroinę. Po niezbyt udanym występie, sytuacja robi się dla zespołu śmiertelnie niebezpieczna, gdy jeden z muzyków przypadkiem trafia na jeszcze nieostygłe zwłoki dziewczyny z nożem wbitym w głowę. Poziom napięcia szybko wystrzeliwuje pod sufit, a punkowcy po krótkiej przepychance ze skinami barykadują się w przebieralni, czyli tytułowym „Green Roomie”. Naziole dzwonią po swojego szefa, Darcy’ego, granego przez Patricka Stewarta. Przewidywana długość życia całego zespołu dostaje świeżutką wieczorną aktualizację. 

Gdy „Green Room” pojawił się w Cannes niecałe 9 lat temu, nazwisko jego reżysera, Jeremy’ego Saulniera, było już znane wśród festiwalowych bywalców za sprawą „Blue Ruin”, starszego o dwa lata filmu, pokazywanego w Toronto, Sundance i Cannes (gdzie zgarnął nagrodę FIPRESCI). Oba filmy były niewątpliwie podobne. Saulnier przyglądał się w nich zachowaniu przeciętnych ludzi w nieprzeciętnych sytuacjach. „Blue Ruin” nie oglądałem od jakichś 10 lat, ale wciąż dobrze pamiętam, jak nieporadnie główny bohater podchodził do zemsty na mordercy ojca oraz późniejszego starcia z jego rodziną. W „Green Room” jest podobnie. Gdy pionki zostają już rozstawione na planszy, przyzwyczajony gatunkowymi schematami widz, z grubsza spodziewa się, jaki będzie rozwój zdarzeń. Opanowany szef gangu (Stewart stylizowany nieco na Waltera White’a z „Breaking Bad”) zapewne użyje jakiegoś sprytnego podstępu, żeby wywabić bohaterów z kryjówki, młodzi muzycy natomiast odkryją, że przyparci do muru potrafią rozbudzić w sobie duszę drapieżnego wojownika. I rzeczywiście, poniekąd tak właśnie jest, ale obie strony są urzekająco niezgrabne w swoich działaniach. 

Jest to dość odświeżające, gdy postaci filmowe nie sprawiają wrażenia geniuszy, zdolnych do planowania i reagowania na wszystko z marszu, przewidując przy tym z wyprzedzeniem każde zachowanie przeciwnika. W świecie Saulniera w ułamku sekundy można skończyć z wielką dziurą w głowie, bo akurat ktoś wszedł do pomieszczenia z shotgunem, albo z gardłem przegryzionym przez krwiożerczego pitbulla. Gdy coś zaskakuje bohaterów to najczęściej nie prą na oślep do przodu tylko wycofują się o kilka kroków. Śmierć jest nagła i zazwyczaj krwawa, a na widowni towarzyszy jej odgłos powietrza wypuszczonego z szokowanych ust oraz syczących z obrzydzenia ludzi. 

Reżyser bawi się oczekiwaniami widza, swoich bohaterów traktując bezlitośnie, nierzadko bezceremonialnie wycinając ich z historii, która gatunkowo płynnie przeskakuje od thrillera do kina survivalowego z elementami slashera. Nie unika przy tym scen humorystycznych, spuszczając nieco powietrza z tej historii pełnej nerwowego napięcia i dosadnej przemocy.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz