niedziela, 26 maja 2013

The Hangover Part III (Kac Vegas 3) - recenzja



Todd Phillips odgrażał się, że jako swoiste „fuck you”, wymierzone w malkontentów, wzorem drugiej części, znowu opowie tę samą historię, z lekką korekcją szczegółów. Tak się jednak nie stało. „Kac Vegas 3” dopina fabułę poprzednich dwóch części, ale jednocześnie jest tak od nich różna, jak to tylko było możliwe. Wbrew tytułowi, nie ma już szalonej imprezy, kaca, amnezji, zaginionego towarzysza, porwanego zwierzaka (jest za to żyrafa poddana dekapitacji przy pomocy wiaduktu), Mike’a Tysona i oszpeconego na twarzy Stu. Nie ma nawet już za bardzo formuły komedii. Zamiast tego mamy sensacyjną intrygę, narrację i tempo wydarzeń typowe dla kina akcji, z dużą dawką humoru.

Mogłoby to być nawet fajne, jak pokazał przykład „Szybkich i wściekłych”, wolty gatunkowe potrafią wyjść sequelowi na zdrowie. Tyle, że jeszcze trzeba to zrobić umiejętnie. Tymczasem intryga jest średnio angażująca, nie pada się może z nudów, bo niemal cały czas coś się dzieje, bohaterowie po raz pierwszy nie są przywiązani do jednej lokalizacji, nie wszystko sposób przewidzieć, ale też i niespecjalnie się człowiek stara to robić, co świadczy jakoś o atrakcyjności historii.

Jak zostało powiedziane, nie jest to już w zasadzie komedia, ale humoru oczywiście nie brakuje, szkoda tylko, że tak przeciętnego. Kąciki ust delikatnie drgną wiele razy, przeponą jednak człowiek sobie nie popracuje. Brakuje stałych motywów rozweselających, a nowych nawet nie próbowano stworzyć, stawiając na przeciętne gagi i żarty sytuacyjne. Co najgorsze, rozczarowują bohaterowie. Zach Galifianakis już zdążył chyba znużyć cały świat swoją osobą, Ed Helms jest wyjątkowo niewyraźny, nie pomaga, że najczęściej robi za tło dla innych, a Bradley Cooper leci na autopilocie, nie wkładając w rolę większego zainteresowania. Ken Jeong od samego początku był dość specyficzną postacią, do dziś nie mogę się zdecydować, czy mnie irytuje, czy też bawi. Na szczęście jest John Goodman, który robi to, w czym jest najlepszy, czyli bycie zajebistym.  

Jednego nie można Phillipsowi odmówić, odwagi. Najpierw w drugiej części cynicznie splagiatował pierwszy film, drastycznie go jednak wyżynając, dorzucając doń liczne hardkorowe elementy, nie stroniąc od obrzydliwości i odważnego podejścia do seksualności. W trzeciej odsłonie natomiast, odciął się od serii, porzucając ramy dotychczasowego gatunku oraz charakterystyczne elementy franczyzy. Widać, że świetnie się przy tym bawi, a opowiadanie nowej historii sprawia mu ogromna przyjemność. W niektórych scenach niemalże słychać zza kadru jego chichot, gdy przy stole montażowym składał to do kupy, dorzucając dla uciechy kontrastową muzykę i spowolnienia obrazu. Niestety jest to zabawa, które nie do końca udziela się widzowi.  


0 komentarzy:

Prześlij komentarz