czwartek, 24 marca 2016

Kim, do cholery, jest Alexander Skarsgård?


Przedwczoraj wrzuciłem na fanpage Kinofilii zabawne zdjęcie Alexandera Skarsgårda wręczającego autograf fance, która wpatruje się w przystojnego aktora z rozdziawioną buzią. Kilkoro czytelników przyznało, że nie kojarzy jego osoby. Zaskoczony nie byłem, od jakiegoś czasu zbierałem się do krótkiej notki na jego temat…

Powiedzieć, że syn Stellana jest aktorem nieznanym, byłoby nieprawdą. Wszakże już minęło osiem lat od jego roli w mini-serialu od HBO „Generation Kill” traktującego o oddziale Marines w początkowej fazie wojny w Iraku w 2003 roku (dobra rzecz, polecam, jeżeli ktoś jeszcze nie widział). W tym samym roku zaczął też występować w innym serialu od HBO, czyli „True Blood”. Głupie to było jak but, ale sprawiało mi sporo radochy, bo to rasowe „guilty pleasure”. Gdzieś po drodze odpadłem i nie obejrzałem dwóch ostatnich sezonów, ale planuję jeszcze kiedyś to zrobić. Serial może i słaby, ale Eric Northman, postać grana przez Alexandera, był ciekawym bohaterem, charyzmatycznym, przechodzącym ewolucję, poprowadzonym pewną ręką przez aktora. Później niestety zaczęli mu bruździć scenarzyści, którzy przez te kilka sezonów zdołali „zepsuć” chyba każdego fajnego bohatera w serialu.

Co oprócz tego? O dziwo, niewiele. Skarsgård przez ostatnie kilka lat był bardzo pracowity, ale niewiele z tego co zrobił, miało szansę się przebić. O niepotrzebnym remake’u „Straw Dogs” zapomniano jeszcze zanim zdołał trafić do kin, „Battleship” był nieudaną próbą odpalenia nowej serii blockbusterów, „The East” był pociesznym proekologicznym filmidłem skrojonym pod piętnastoletnich anarchistów, „The Giver” nieudaną próbą zawojowania rynku kolejną ekranizacją książkowej serii dla nastolatków o dystopicznej przyszłości (zdecydowanie najgorszy z tłumu podobnych filmów jakie zrealizowano po sukcesie „The Hunger Games”), chyba jedynie „Melancholia” Larsa von Triera była tytułem godnym uwagi. Skarsgårda tam jednak było tyle, co nic. A, no i jeszcze oczywiście należałoby wspomnieć o zeszłorocznym „The Diary of a Teenage Girl”, który zebrał sporo pozytywnych opinii. Nie widziałem, więc nie mam pojęcia jak dużą rolę zagrał w nim Alexander i czy zaprezentował coś ciekawego.


Nie jest więc specjalnie zaskakujące, że wielu widzów wciąż nie kojarzy jego osoby. Aktor próbuje się przebić w Hollywood już od kilkunastu lat (pierwszym istotnym angielskojęzycznym występem była siódmoplanowa rola w „Zoolanderze”), ale najlepiej jak dotąd radził sobie na małym ekranie. Nie poddaje się jednak, próbuje dalej i nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu wywalczył swoje miejsce na szczycie. Ma nieskazitelną prezencję, jest wysoki, przystojny, dobrze zbudowany, o przyjemnym głosie, ma charyzmę i potrafi grać. Chyba właśnie tylko ten wzrost (193) może mu trochę przeszkadzać, bo w „normalnym” życiu może być pomocny w oczarowywaniu atrakcyjnych kobiet, ale na ekranie taka wizualna dysproporcja pomiędzy nim, a innymi aktorami i aktorkami, może być problemem. Wymaga to już roli pasującej do blisko dwumetrowego faceta. Nie mam pomysłu, co do konkretnej postaci, ale widziałbym go w jakimś komiksowym filmie, może jako jednego z „nordyckich” Bogów w kolejnym filmie o Thorze? Szwed mógłby się odnaleźć w marvelowskim świecie. Albo u Warnera, przecież większość bohaterów z uniwersum DC wciąż jest niewykorzystana...

Niebawem zobaczymy Alexandera na dużym ekranie w roli innego klasycznego herosa. W tegoroczne wakacje trafi do kin nowa wersja „Tarzana”. W głównej roli wystąpi oczywiście Skarsgård, a Jane zagra Margot Robbie. Oprócz tego na ekranie pojawi się jeszcze Samuel L. Jackson, Christoph Waltz, Djimon Hounsou oraz John Hurt. Kto wie, może syn szwedzkiego aktora w końcu zdoła się przebić i wskoczy do wyższej ligi hollywoodzkich gwiazd?

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza