sobota, 9 kwietnia 2016

Hardcore Henry - recenzja


To zadziwiające, a zarazem fantastyczne, że ten film trafił do kin w normalnej dystrybucji. Zazwyczaj takie tytuły ogląda się na festiwalach filmowych w sekcjach z szalonymi produkcjami, które mają pokazy wieczorami, żeby widzowie się nieco rozluźnili po oglądaniu przez cały dzień ambitnego kina artystycznego. Kilka miesięcy później trafiają na DVD oraz strony z torrentami i rozpoczyna się ich prawdziwe życie, jako pozycji dla „wtajemniczonych”. No wiecie, tych tytułów, o których opowiada się kumplowi na przerwie w liceum, podczas nudnego wykładu na studiach albo parząc w firmowej stołówce darmową korpo-kawę. Zazwyczaj leci to jakoś tak: „o stary, ale wczoraj wieczorem obejrzałem zajebisty film...”.

Jeżeli ktoś jeszcze nie wie o co chodzi i co czyni film „Hardcore Henry” pozycją specjalną, to już wyjaśniam. Jest to kino akcji nakręcone z pierwszej osoby. Tak jest, obserwujemy ekranowy chaos oczami głównego bohatera. A jest co obserwować. Rosyjski reżyser, Ilya Naishuller, wyszedł ze słusznego założenia, że - ”walić to, lecimy ostro!”. I jest krwawo. Krew sika na lewo i prawo, serca wyrywane są z klatek piersiowych, korpusy szatkowane karabinami maszynowymi, kończyny fruwają w powietrzu, a czerepami odseparowanymi od reszty ciała macha się w dłoni. No co tu dużo mówić, jatka na całego.


Film jest totalnie szalony, akcja zazwyczaj pędzi na złamanie karku, niemal ciągle coś się dzieje, nawet jeżeli na ekranie akurat się nie strzelają, to i tak można liczyć na scenę w burdelu, sekwencję musicalową (!), albo głupawą wymianę zdań. A właśnie, humor. Tego jest sporo, najczęściej jest równie od czapy, co reszta filmu. W tym temacie szczególnie dostarcza Sharlto Copley, który chyba jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawił na planie filmowym. Przebiera się wielokrotnie, wciela w kilku różnych bohaterów (a zarazem ciągle w tego samego), tańczy, krzyczy, wymachuje pukawkami, rzuca się na pierwszą linię frontu, ale też i zabezpiecza tyły jako snajper w cudownym leśnym kamuflażu. Jest zarówno naszym przewodnikiem, po tym szalonym świecie, jak i głównym mącicielem.

„Hardcore Henry” kipi od pomysłów i pozytywnej energii, kolejne sceny akcji są nakręcane przez zróżnicowane gatunkowo piosenki, które najczęściej idą w parze z kolejnymi wcieleniami Copleya, a najlepszą (i zapewne najdroższą) zachowano na koniec. Niczego nie zdradzę, ale „Don’t stop me now” Queen jeszcze nie słyszeliście w takim połączeniu. Cudowne. Nie bez znaczenia jest pochodzenie reżysera, bo akcję osadzono w Moskwie, więc rosyjski język, charakterystyczne postsowieckie otoczenie i wschodnie mordy (za przeproszeniem) są w organiczny sposób zespolone z całym filmem, dodając mu kolejną warstwę szalonego, choć niewątpliwie oryginalnego, klimatu.

Jeżeli coś tutaj niedomaga to fabuła, która jest szczątkowa i ogólnie dość daremna. Bohaterowi porwali żonę, więc chce ją uratować, ale najpierw musi pozabijać wszystkich stojących mu na drodze. Oczywiście okazuje się, że jest to nieco bardziej skomplikowane i nie wszystko jest takie, jakby się wydawało na początku (co zresztą od pierwszych scen można przewidzieć), ale to wciąż prosta fabułka spisana na kolanie. Odbiór filmu nieco na tym cierpi, bo nie sposób się czymkolwiek przejmować w tej historii, główny bohater nie ma osobowości (dosłownie, nie może nawet mówić, więc na pytania odpowiada odpowiednimi potrząśnięciami głową), poboczne postacie to kartonowe ludki, spełniające odpowiednie funkcje w scenariuszu, a cel jaki musi osiągnąć Henry jest tylko pretekstem do kolejnych scen akcji.


Sęk w tym, że to w sumie mało istotne, bo do filmu należy podejść jak do swoistego eksperymentu. Jest to czysta zabawa formą i pokaz sprawności technicznej. Bo to w zasadzie jest próba przeniesienia estetyki i stylu narracji współczesnych gier FPP (czyli strzelanek z pierwszej osoby), a zwłaszcza serii Call of Duty, na język kina. Jest więc partner, który wyznacza bohaterowi kolejne cele w danej misji, wspiera go w ostrzeliwaniu przeciwników, zapewniając jednocześnie odpowiednie uzbrojenie i popychając akcję do przodu. Mamy też zróżnicowane lokacje, bronie i style zabijania, zdarzają się sekwencje w pojazdach, kiedy to bohater musi pruć z przymocowanego działka to przeciwników, jest „dopakowany” końcowy boss, który posiada nadludzkie zdolności i towarzyszącą mu armię pomagierów, z którą należy się najpierw rozprawić, zanim w spokoju dobije się ich herszta, no i oczywiście jest pierwszoosobowa perspektywa. Kopia idealna. No, z wyjątkiem tego, że odbiorca tym razem musi wszystko biernie obserwować.

Jest to całkiem ciekawy pomysł, technicznie zrealizowany bez zarzutu, obfitujący w efektowne i dynamiczne strzelaniny, humor oraz szalony klimat, a więc wywiązujący się głównych założeń rozrywkowego kina akcji. Problem w tym, że reżyser traci zainteresowanie odbiorcy za każdym razem, gdy akcja spowalnia, a bohaterowie muszą przeskoczyć do następnej lokacji, porozmawiać oraz ruszyć szczątkową fabułę do przodu. Jeżeli jednak przymknąć na to oko, a nie jest to trudne, bo film ma idealną długość (90 minut), to powinniśmy się całkiem nieźle bawić, śledząc tę odmóżdżoną rzeź anonimowych bandziorów.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza