niedziela, 12 marca 2017

Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki) - recenzja


Nie ma nawet jeszcze wiosny, ale sezon letnich blockbusterów można już uznać za otwarty. I to z wielką pompą. Z naciskiem na słowo: „wielką”. Reżyser (Jordan Vogt-Roberts) niewiele pozostawia wyobraźni widza, bo już w otwierających minutach filmu prezentuje tytułowego bohatera, nie pozostawiając tym samym złudzeń, kto jest prawdziwą gwiazdą filmu. Nie trzeba też długo czekać, od momentu dotarcia głównych bohaterów na Wyspę Czaszki, żeby Kong pojawił się w pełnej krasie i urządził pierwszorzędną rozróbę z udziałem helikopterów. Nie ma zlituj - śmigła, blachy, truchła żołnierzy na (skalnej) ścianie, zaczynamy rozrywanie. Kong jest majestatyczny, pięknie animowany, a obserwowanie go w akcji to czysta przyjemność. Urzekł mnie już w momencie pierwszego ciosu zadanego powietrznej kawalerii, czyli wykorzystaniu drzewa w postaci włóczni ciśniętej w kabinę pilotów. Później jest już tylko lepiej.

Jako poważny recenzent filmowy, powinienem teraz poświęcić cały akapit na marudzenie, że scenariusz jest mało porywający, dialogi przeciętne, a bohaterowie pierwszoplanowi z tektury. Walić to. Umówmy się, że nie po to idzie się na film o wielkiej małpie naparzającej się z wielkimi jaszczurami, żeby zachwycać się zniuansowanym scenariuszem. Bohaterowie docierają na wyspę, natychmiast odkrywają, że to był bardzo zły pomysł, więc próbują przeżyć swoją niefortunną wycieczkę, dostać się na drugą stronę terytorium zajmowanego przez różne monstra (skąd będą mogli odlecieć) i nie zostać przy okazji pożartymi albo rozszarpanymi na strzępy. Szanuję takie szczere podejście. Zero ściemy, za to sporo zębów, pazurów oraz ołowiu w powietrzu. Dajcie mi tylko odpowiednią ilość mięsa, czyli monstergeddonu, a ja rozsiądę się wygodnie w fotelu i będę cieszyć z rozpierduchy. I tak właśnie było.

Kong: Wyspa Czaszki” to film, który trzeba zobaczyć w kinie. Vogt-Roberts wyciska z tematu wystarczająco dużo - starcia są efektowne, dynamiczne, pomysłowe i pięknie zrealizowane. Film jest w ogóle przyjemny wizualnie, cieszący oczy ładnymi kadrami, fajnym montażem, okazjonalnymi zabawami z kamerą (ujęcia z pierwszej osoby), a do tego zaprawiony soundtrackiem, który zadowoli fanów klasycznego rocka. Cieszy, że reżyser testuje granice kategorii wiekowej, pozwalając sobie na nieco krwi, okazjonalną makabrę oraz wykorzystując w naturalny sposób jedynego mocnego bluzga, na jaki pozwalają mu amerykańskie reguły. Nie jest to film, który pozostanie ze mną długo po seansie, nie będzie mnie też ciągnęło do rychłej powtórki, ale dwie godziny zleciały mi szybko, niezauważenie i bardzo przyjemnie. Osoby, które przewracają oczami na myśl o wielkich monstrach naparzających się kotwicami, drzewami, głazami i co tam jeszcze jest w zasięgu łapy, powinny sobie odpuścić seans, bo niczego innego tutaj nie znajdą. Wielka małpa tarmosi za ogon wielkiego jaszczura. Tylko tyle, aż tyle.

1 komentarz:

  1. "scenariusz jest mało porywający, dialogi przeciętne, a bohaterowie pierwszoplanowi z tektury"

    A uważam, że nieprawda. To znaczy wiadomo, że wszystko jest podporządkowane rozrywce (i dobrze), ale scenariusz właśnie daje radę i dzięki temu to się tak dobrze ogląda: wcale to nie jest tępe i bezmyślne, scenariusz nie pędzi od wygrzewu do wygrzewu (słyszałem nawet takie krytyczne opinie, że podobno film nudny - no i całe szczęście za taką "nudę"), większość dialogów jest akurat całkiem w deszkę, z nienachalnym humorem (zyskuje zwłaszcza w zderzeniu np. z poprzedzającym film zwiastunem "Guardians of the Galaxy vol. 2"), a prawie każdy bohater, który ma więcej czasu na ekranie (oprócz naukowczyni Azjatki, która niestety była w filmie tylko po to, żeby Brie nie była jedyną kobietą), ma jakąś jedną definiującą cechę, przez ogląda się ich z przyjemnością. W zalewie często durnych i nijakich, głównie superbohaterskich blockbusterów, które niestety wyznaczają dziś główny nurt kina rozrywkowego, naprawdę trzeba cenić takie filmy.

    OdpowiedzUsuń