niedziela, 16 lipca 2017

War for the Planet of the Apes (Wojna o planetę małp) - recenzja


Rebooty, remaki oraz prequele zalewające każdego roku ekrany kin są wytykane palcami i stawiane jako przykład choroby trawiącej współczesne kino rozrywkowe. Matt Reeves udowodnił trzy lata temu, że jeżeli ma się pomysł, odwagę i talent to przestaje być istotne, co stoi w tytule filmu. Już „Geneza planety małp” (reż. Rupert Wyatt) okazała się być małym zaskoczeniem, bo w oryginalny i niegłupi sposób dokonała rewitalizacji serii. Dopiero jednak Reeves w pełni wykorzystał potencjał drzemiący w historii. Wprawdzie kolejne rozdziały „Ewolucji planety małp” nie były specjalnie zaskakujące, ale obserwowanie tego, jak reżyser do nich dochodził, sprawiało dużo przyjemności. Kiwało się przy tym głową z uznaniem, bo Reeves ciągle udowadniał, że ma jaja jak kokosy i nie zamierza się wycofywać w ostatniej chwili ze ścieżki, która prowadzi do rzeczywistości znanej z dawnej serii. „Wojna o planetę małp” jest naturalną konsekwencję tego, jak się zakończył poprzedni film.

W scenie otwierającej film widzimy uzbrojonych po zęby żołnierzy przedzierających się przez las. Elementy ich mundurów ozdobione są różnymi napisami nawiązującymi do konfliktu z małpami. Rodzi to naturalne skojarzenia z licznymi filmami o wojnie w Wietnamie, a zwłaszcza z jednym konkretnym tytułem, który nawet zostaje sparafrazowany w postaci graffiti na ścianie kanału („Ape-pocalypse Now”). Nie będzie to jedyne nawiązane do dzieła Coppoli. Co zabawniejsze, nie jest to jedyny w tym roku film o małpie, który ogrzewa się w blasku tego klasyka. Nawiązanie do King Konga (bo oczywiście mam na myśli „Konga: Wyspę Czaszki”) zresztą również pojawia się w filmie Reevesa. Oba tytuły jednak więcej dzieli, niż łączy. Słowo „wojna”, które mamy w tytule, sugeruje pełne rozmachu starcie ludzi z małpami, no i rzeczywiście, nie brakuje wybuchów, kul i włóczni przeszywających powietrze oraz ofiar po obu stronach, ale jest to zaskakująco kameralne kino rozrywkowe, które więcej uwagi poświęca o wiele ciekawszym kwestiom.


Od wydarzeń z poprzedniej części upłynęły już dwa lata, ale Cezara wciąż prześladuje widmo Koby, zbuntowanego przyjaciela, którego zaślepiła nienawiść do ludzi. Niebawem, gdy główny bohater będzie zmuszony ruszyć ścieżką zemsty, zacznie powątpiewać w to, czy rzeczywiście tak wiele go różni od dawnego przyjaciela, szczególnie w kwestii tego, co go motywuje do działania. Po drugiej stronie barykady jest Pułkownik, kreślony dość grubą krechą, ale odegrany powściągliwie i z rozmysłem przez Woody’ego Harrelsona. Pułkownik to Bożek Wojny, hołubiony przez podwładnych, których inspiruje do działania przemówieniami o Świętej Wojnie. Pułkownik jest przekonany, że stanowi ostatnią deskę ratunku dla rodzaju ludzkiego i jest gotów poświęcić wszystko dla przetrwania swojej rasy. Wkrótce staje się jasne, że chociaż kieruje nim ksenofobiczne zaślepienie nakręcane przez strach, to jednak nie jest on daleki od prawdy, bo intrygujący rozwój wypadków, zainicjowanych jeszcze w pierwszym filmie, dokonuje istotnego (dużego) skoku w kierunku realiów znanych z dawnych filmów o planecie małp. Jego poczynania są desperackie i okrutne, ale skazane na porażkę (o czym świadczy nie tylko znajomość starych filmów), a przez to są tym tragiczniejsze w wymowie. Małpy już ostatecznie przejęły serię, stając się jedynymi pozytywnymi postaciami, ale działania i motywacje ludzi są zrozumiałe, a może i nawet potrzebne dla przetrwania gatunku, co nie znaczy, że słuszne od strony moralnej.

Tytuł filmu obiecuje sceny bitewne, ale reżyserowi nie spieszy się z wytoczeniem dużych dział (a jest na co czekać). Zamiast tego sięga po konwencję westernu, ale także i kina drogi, żeby opowiedzieć o podróży Cezara i jego kilku przyjaciół w poszukiwaniu zemsty. Zanim osiągną cel wyprawy, znajdą ból i cierpienie, ale też miłość, czułość oraz nadzieję na lepszą przyszłość. Cezar kwestionuje motywacje swoich działań, ciągle porównując siebie do Koby, ale zbyt łatwo zapomina o tym, że w przeciwieństwie do tamtego szkaradnego okrutnika, stanowi dla swoich pobratymców pozytywny symbol. Jest on postacią wręcz mesjanistyczną, małpim Mojżeszem, który ma doprowadzić swój gatunek do nowej Ziemi Obiecanej.


Jeżeli jeszcze nie jest to oczywiste - „Wojna o planetę małp” to nietuzinkowy blockbuster, kiedy trzeba to efekciarski i głośny, nie bojący się jednak ciszy, i to długotrwałej, przystanięcia na dłuższy moment, rozejrzenia się, rozczulenia nad jakimś gestem, dokonania refleksji, zastanowienia się nad motywacjami postaci, uśmiechnięcia się albo zasmucenia czymś, a w końcu - spojrzenia w przyszłość z zaintrygowaniem. Scenariusz jest daleki od ideału, czasem bywa niekonsekwentny w stosunku do poprzedniego filmu, w pewnej chwili jest przerażająco głupi, gdy pewien element stanowi wygodne rozwiązanie fabularne, ale zarazem czyni z żołnierzy i ich dowódcy, bandę skończonych idiotów bez wyobraźni. Jest jeszcze kilka innych małych głupotek, które wymagają zawieszenia niewiary, ale to zaledwie rysy, które nie przeszkadzają w delektowaniu się tym doskonałym filmem, stanowiącym idealne zwieńczenie trylogii o Cezarze.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza