wtorek, 18 lipca 2017

T-Mobile Nowe Horyzonty 2017: Filmy, które musisz zobaczyć.


Tydzień temu ogłoszono pełen program siedemnastej edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Od jutra rusza sprzedaż biletów, a posiadacze karnetów i akredytacji prasowych już tylko odliczają dni do rozpoczęcia imprezy. Program, jak co roku, jest wypchany po brzegi, więc wzorem ubiegłych lat, przygotowałem listę filmów, które warto zobaczyć. Wszystko co znajdziecie poniżej, widziałem już w Cannes oraz angielskich kinach. Mam nadzieję, że okaże się to pomocne podczas planowania seansów.


JAZDA OBOWIĄZKOWA:



The Square (reż. Ruben Östlund)

Niemalże kompletne arcydzieło. „The Square” w trakcie seansu kojarzył mi się nieco z „Wielkim pięknem” Sorrentino. Östlund wprawdzie prezentuje odmienny styl poezji obrazu i opowiadania nim, ale ich filmy wiele łączy. Włoch z umiłowaniem pławi się w kolejnych pięknych scenach, wdzięcząc się do widza. Szwed natomiast jest bardziej zdyscyplinowany, mniej skory do wizualnego onanizmu, ale równie mocno dba o estetykę obrazu, świadomie rozstawiając bohaterów w filmowej przestrzeni, starannie komponując kadry i scenografię. Oba filmy opowiadają o współczesnych środowiskach artystycznych z dużych europejskich miast poprzez zabawne (nierzadko absurdalne) epizodyczne scenki. Bohaterem filmu Östlunda jest dyrektor muzeum sztuki współczesnej. Obserwujemy jego życie poprzez serię anegdotycznych scenek, które początkowo zdają się ze sobą nie łączyć, ale wszystkie doczekują się późniejszego rozwinięcia i z czasem zaczynają się zazębiać.

Szwed mnoży kolejne niewymuszenie zabawne momenty, zgrabnie wyławiając życiowe absurdy, czyniąc z nich źródło dla gagu, ale też pożywkę dla mózgu, skłaniając widza do różnych refleksji, zachęcając do przystanięcia na moment i zastanowienia się nad jakimś spostrzeżeniem z filmu. Nigdy jednak nie podchodzi do tego ze śmiertelną powagą i nie pozwala sobie na zbyt mentorski ton. Są w tym filmie sceny prawdziwe magnetyzujące, gdy czas się zatrzymuje, świat przestaje istnieć, a widz zostaje przykuty do ekranu, z fascynacją obserwując wydarzenia i zastanawiając się w jakim kierunku to dalej podąży.

Dlaczego więc nie jest to kompletne arcydzieło? Otóż Östlund tak się rozpędził w mnożeniu wątków i rozbudowywaniu historii, że w końcu nie zdołał w porę wyhamować i wylądował o kilka długości poza linią mety. Film jest zwyczajnie za długi, zyskałby na przycięciu do wersji dwugodzinnej, tym bardziej, że te dodatkowe dwadzieścia minut przypada na zbyt rozwleczony akt finałowy, z którego należałoby wywalić kilka niepotrzebnych scen. Co ciekawe, reżyser początkowo planował wersję jeszcze dłuższą, przed premierą na canneńskim festiwalu dokonał jednak dwóch korekt, za każdym razem skracając nieco film. Nie zaszkodziłoby, gdyby przed wypuszczeniem filmu do normalnej dystrybucji kinowej jeszcze raz wkroczył do sali montażowej, bo mogłoby to zaowocować czymś prawdziwie wielkim. A tak dostajemy „tylko” jeden z najlepszych filmów roku.



Niemiłość (reż. Andrey Zvyagintsev)

Andriej Zwiagincew („Lewiatan”, „Powrót”) dalej przygląda się ojczystej Rosji i snuje ponury obraz współczesnej rodziny. W zasadzie to wszystko mówi tytuł. Nie ma tutaj miłości, uczucia, ciepła, są natomiast liczne pretensje, krzyki, oskarżenia i przekleństwa.

Żona i mąż. Ona nie może już na niego patrzeć, reaguje agresywnie, czepia się drobnych rzeczy, o większe rozpętuje batalie, praktycznie każda dyskusja kończy się na ostrej kłótni. On w zasadzie chce już tylko spokoju, uwolnienia się od krzyczącego koszmaru, z którym dzielił życie jeszcze do niedawna, ale zdradził, zrobił dziecko innej, no trudno, lecimy dalej z egzystencją. Nie ma najmniejszej wątpliwości, ten związek się definitywnie rozpadł, wyrok został podpisany, ale wykonanie opóźnia drobne nieudogodnienie – należy sprzedać wspólne mieszkanie.

Jest jeszcze trzeci bohater rodzinnego dramatu: dziecko, a konkretnie to dwunastoletni syn. Zamknięty w sobie, zrozpaczony, posiadający zaledwie jednego przyjaciela i przerażony wisząca nad nim groźbą bycia porzuconym przez oboje rodziców. No właśnie, jakoś brakuje chętnych na zaopiekowanie się potomkiem. Mama odmawia, argumentując to tym, że skoro partner postanowił rozpocząć nowe życie, ona również zasługuje na szansę ułożenia sobie życia od nowa. Szybko staje się jasne, że nigdy dziecka nie kochała, nie chciała go i żałowała, że nie dokonała aborcji. Nie ma matczynego ciepła w jej sercu i troski o życie dziecka, jest irytacja, ignorancja, a najczęściej to zwyczajny brak zainteresowania tym, co podopieczny robi i co się dzieje w jego życiu.

Ojciec natomiast uważa, że syna nie należy porzucać, ale oczywiście to nie on powinien go przygarnąć, od tego jest przecież matka. W jego życiu nie ma miejsca dla niego, ale wyglądałoby to bardzo niekorzystnie w pracy, gdyby swoje własne dziecko oddał do internatu, będącego praktycznie sierocińcem.

Syn jest więc niechcianym meblem, bo matka jest zbyt skupiona na przeglądaniu zdjęć na Instagramie i fotografowaniu talerza z jedzeniem, ojciec natomiast nie chce kłopotu na głowie, woli baraszkować z nową partnerką i martwić się nowym kłopotem, który niedługo przyjdzie na świat. A właśnie, nie wspomniałem jeszcze, że oboje mają kochanków. Oba romanse są dopiero w fazie rozwoju, więc motyle w brzuchu, seks na okrągło, kolacje w restauracjach, numerki w dziwnych miejscach i tak dalej. Bohaterowie są więc zdolni do uczuć, ale w oderwaniu od siebie i wspólnego dziecka, gdy łączą się z tym jedynie przyjemności i osobiste korzyści.

Film Zwiagincewa jest bardzo ponury fabularnie, ale przepiękny wizualnie. Kamera rozkoszuje się surowym rosyjskim krajobrazem, terenami leśnymi, designerskimi nowoczesnymi mieszkaniami i zdewastowanymi komunistycznymi budynkami, a także ludźmi – paskudnymi z charakteru, egoistycznymi, próżnymi, ale często atrakcyjnymi fizycznie albo przynajmniej obdarzonymi „ciekawą” urodą. Klimat bywa hipnotyzujący, wciągający, ale narracja opiera się na powolnym tempie, do którego rosyjski reżyser przyzwyczaił w przeszłości. Przez pierwszą godzinę filmu zupełnie nie zwraca się na to uwagę, zbyt bardzo pochłania nas śledzenie poczynań bohaterów, ale później w zasadzie już niczego nowego o nich się nie dowiadujemy, bo reżyser jedynie potwierdza nasze przypuszczenia, więc skupienie widza nieco się rozluźnia. Nigdy jednak nie tracimy zainteresowania historią.

Nie jest to najlepszy film Zwiagincewa, ale precyzja z jaką opowiada historię, piękno wizualne, dbałość o detale oraz talent w budowaniu klimatu i tak prezentują poziom, o którym wielu innych cenionych twórców mogłoby tylko pomarzyć.



Wszechstronna dziewczyna (reż. Colm McCarthy)

Z niemałym zaskoczeniem odkryłem ten tytuł w tegorocznym Nocnym Szaleństwie, które w tym roku zdaje się stawiać na kino gatunkowe, ale lepszego sortu. Zamiast pokracznych fabuł i amatorskiej realizacji oraz gry aktorskiej, mamy więc filmy z górnej półki, a przynajmniej nieco wyższej od tego, co często trafia do tej sekcji. „Wszechstronna dziewczyna”

Ktoś zamawiał ekranizację „The Last of Us”? Proszę bardzo. Epidemia zombie? Jest. Przyczyna zarazy związana z grzybami? Jest. Przenoszenie choroby przez ugryzienie, ale i również zarodniki unoszące się w powietrzu? Jest. Zarażona dziewczynka, która może ocalić ludzkość? Jest. Wędrówki przez opustoszałe miasta, które zaczyna już porastać roślinność? Jest. Ludzie walczący między sobą o surowce? Je… a nie, przepraszam, tego nie ma. A więc zupełnie nie jak w „The Last of Us”!

Film Colma McCarty’ego różni się wystarczająco na poziomie szczegółów i elementów fabuły, żeby reżyser nie musiał obawiać się pozwu sądowego od wydawcy fantastycznej gry, ale wizualnie, fabularnie i klimatycznie był niewątpliwie mocno zainspirowany produkcją Naughty Dog. W żadnym wypadku mi to jednak nie przeszkadzało! Bynajmniej, obserwując bohaterów przemykających „na paluszkach” obok reagujących na dźwięki zarażonych i przemierzających opustoszały Londyn, pokryty lianami, mchem i inną roślinnością – poczułem się jak w domu. Uwielbiam „The Last of Us” i lepszej ekranizacji nie mógłbym sobie wymarzyć. Film jest mroczny, ponury, brutalny, pesymistyczny, mała nadzieja podąża w parze z uczuciem goryczy i moralnego kaca, dziecięca naiwność jest przeciwstawiana okrutnym zwierzęcym instynktom, a dorośli są zrezygnowani, bo już dawno temu pogrzebali delikatne uczucia i świat odbierają w sposób szorstki, cyniczny, pozbawiony złudzeń. Całości dodatkowego smaczku dodaje miejsce osadzenia akcji i lokalni aktorzy. Paddy’ego Considine’a nie trzeba zachwalać, podobnie jak i Gemmę Arterton, ale również pojawiający się na drugim planie mniej znani brytyjscy aktorzy robią dobrą robotę, a wcielająca się w tytułową dziewczynkę, młodziutka Sennia Nanua, jest doskonała. A, no i jest jeszcze jedna Amerykanka w obsadzie, może słyszeliście o niej kiedyś – Glenn Close. Całkiem niezła aktorka. He he he… ekhm.

„The girl with all the gifts” to przyjemny przykład filmu, który zaczyna się od intrygującego wprowadzenia, nie przestaje zaciekawiać przez następne kilkanaście minut, im dłużej trwa, tym bardziej rozszerzają się nam źrenice i wzrasta nadzieja, że wyjdzie się z kina zachwyconym, ale zarazem obawa, że twórca wszystko spieprzy w finale, który zaprzeczy budowanemu przez całą historię nastroju beznadziei i schyłkowości cywilizacji, jaką znamy obecnie. Nie zaprzecza, finał jest idealny, wynika naturalnie ze ścieżki jaką przeszły postacie, pieczętuje ewolucję młodej bohaterki, pokazuje, że dojrzała, poznała świat, doświadczyła go, wyciągnęła z tego naukę i wykorzystała tę wiedzę. Bardzo dobry film, jeden z najlepszych, jakie widziałem w ubiegłym roku w kinie.



120 uderzeń serca (reż. Robin Campillo)

Początek lat 90. Wirus HIV już od dekady zbiera żniwo, stanowiąc potężną plagę ostatnich dwóch dekad ubiegłego stulecia. Świadomość społeczna wciąż jest jednak znikoma i opiera się na kłamliwych stereotypach. Problem spotyka się z ciągłym niezrozumieniem, władze prezentują ignorancję i opieszałość w akcjach prewencyjnych oraz próbach pomocy ofiarom, a zbyt długo trwające testy nowych leków przyprawiają o rozpacz chorych, nad którymi już wisi Kostucha.
„120 uderzeń serca” opowiada o paryskim ACT UP, grupie aktywistów skupionych na problemach osób zarażonych AIDS oraz uświadamianiu potencjalnych ofiar o zagrożeniu chorobą, a także propagowaniu bezpiecznego seksu. Film prezentuje ich kolejne zebrania, długie dyskusje, niekończące się kłótnie ideologiczne, niezapowiedziane wizyty w liceach, pokazowe akcje medialne, ataki wymierzane w polityków oraz szturm na siedzibę firmy farmaceutycznej (zakończony zapaskudzeniem ścian i szyb sztuczną krwią), niespieszącej się z opublikowaniem wyników istotnych badań. I jest to interesujące, bo prezentujące dramat od nowej, ciekawej strony, która nie została jeszcze przemielona przez popkulturę. Historia ma początkowo niezły rytm, bo widza pobudzają kolejne aktywności bohaterów oraz energetyczne sceny klubowe.
Film wytraca tempo w drugiej połowie (oczywiście jeżeli kogoś nie znudziło już wcześniej setne spotkanie ACT UP), gdy zaczyna się nieuchronne umieranie niektórych bohaterów. Ciężko się wtedy odpędzić od wrażenia, że oglądamy zagubiony film z pierwszej połowy lat 90., ale z gatunku tych łzawych historii, puszczanych w środku tygodnia, opartych na schematach i łatwych wzruszeniach, od których kroiły się delikatne serduszka telewidzów. Robin Campillo w nieprzekonujący sposób sprzedaje odbiorcy dramat postaci. Klimat jest ciężki, umieranie powolne i bolesne, ale wszystko to już widzieliśmy w niezliczonych historiach z końcówki ubiegłego stulecia, często w lepszej formie (bo autentycznie poruszały emocjonalnie), więc mimowolnie zerka się na zegarek, czekając na wiadomy koniec historii. Niech to Was jednak nie odstraszy od filmu, bo to jest ciekawa historia, którą warto poznać, a wiele scen na długo pozostaje w głowie i sercu.



W ułamku sekundy (reż. Fatih Akin)

Czyli film, za który Diane Kruger dostałaby Oskara, gdyby tylko był w języku angielskim. Wciąż jednak liczę na to, że podobnie jak Isabelle Huppert, dostanie chociaż nominację za tę doskonałą rolę. „W ułamku sekundy” to kino o więzach rodzinnych, o matczynej miłości, o współczesnym Berlinie, o tragedii, żałobie, zbrodni, systemie karnym i… nie mogę więcej napisać. Jest to kino pobudzające emocjonalnie i prowokujące intelektualnie, wzorcowo zrealizowane i nie dające o sobie łatwo zapomnieć.



FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ: 


Podwójny kochanek (reż. François Ozon)

Film, który spokojnie mógłby trafić do tegorocznego Nocnego Szaleństwa. „Podwójny kochanek” zaczyna się od maksymalnego zbliżenia na wnętrze pochwy, jest to idealne przygotowanie widza na resztę seansu. Później bywa już mniej ginekologiczny, ale równie odważny, bo Ozon mnoży kolejne erotyczne sceny, pozwalając sobie na różne szaleństwa, konfiguracje, układy i gadżety. Fabuła jest równie zakręcona, co łóżkowe figle bohaterów, wypełniona pociesznymi twistami, bzdurnymi zachowaniami, onirycznymi wizjami, humorem, grozą, groteską, i co tam jeszcze przyszło Ozonowi do głowy. Film bywa bzdurny, jest to kino trashowe, przesadzone, czasami nieco tandetne, ale nie nudzi nawet przez moment, sprawia masę radochy, pobudza, rozbudza i nie zanudza. Wszystko to, czego potrzebuje uczestnik festiwalu, żeby nie zwariować od nadmiaru ambitnego, powolnego i ponurego kina artystycznego.


Uczciwy człowiek (reż. Mohammad Rasoulof)

Jeżeli uważasz, że festiwal filmowy nie można uznać za kompletny, jeżeli nie zobaczy się przynajmniej jednego tytułu irańskiego, „Uczciwy człowiek” jest pozycją dla ciebie. Film Rasoulofa opowiada o wadliwym systemie, o społeczeństwie i kraju przeżartym korupcją, o dylemacie moralnym, o niechęci do naginania się do panujących zasad, o chorobliwej upartości, o chamstwie, ludzkiej nieżyczliwości i okrucieństwie.



Dzień po (reż. Hong Sang-soo)

Częstotliwość, z jaką Hong Sang-soo trzaska kolejne filmy, można by uznać za imponującą, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy opowiadają o tym samym: rozpitych Azjatach. Oczywiście jest to bardzo upraszczające stwierdzenie, ignorujące istnienie fabularnych puzzli, które często należy sobie układać, urokliwego klimatu oraz humoru obecnego w kolejnych filmach japońskiego reżysera. Osobiście podchodzę do jego twórczości z sympatią, ale uważam, że kręci błahostki, które do tego bywają kiepsko zagrane i zrealizowane (te nagłe zbliżenia…). W tym roku w programie festiwalu można znaleźć aż cztery filmy Honga (trzy z tego roku!). Sam chyba wybiorę się na „Twoja i nie tylko twoja”. Fanów twórczości nie muszę zachęcać, zresztą już pewnie i tak parsknęli z pogardą na powyższe słowa, a jeżeli ktoś jeszcze nie miał styczności z reżyserem, i ma ochotę zasmakować jego stylu, to polecam wybranie się na film pokazywany w tegorocznym canneńskim konkursie głównym: „Dzień po”. Siedzą, piją, jedzą, rozmawiają. Czasem nawet chodzą. Klasyczny Hong.


20th Century Women (reż. Mike Mills)

Film Mike’a Millsa w ostatnim sezonie nagród filmowych otarł się o kilka statuetek, zgarniając jakieś nominacje, ale cały czas pozostawał w cieniu głośniejszych tytułów. Do polskich kin w ogóle nie dotarł. Szkoda, bo to film oparty na dobrym scenariuszu, opowiadający ciekawą historię, poruszającą problemy dojrzewania i macierzyństwa, w zniuansowany sposób opowiadającą o kobiecości, ale też i męskości. I do tego świetnie obsadzoną.


Free Fire (reż. Ben Wheatley)

Fajnie, że ten film trafił do tegorocznego Nocnego Szaleństwa, bo niewątpliwie znajdą się osoby, które uznają go za odkrycie albo pozytywne zaskoczenie. Zrealizowane jest to bez zarzutu, obsadzone fantastycznie, a ilości ran postrzałowych i zachowaniu rannych bohaterów można tylko przyklasnąć (zakładając, że lubi się oglądać jatkę na ekranie). Szkoda tylko, że dość szybko robi się to monotonne. Jest jednak na tyle krótkie (90 minut), że napisy końcowe wchodzą na ekran zanim odbiorca zdąży się zacząć niecierpliwić i nerwowo wiercić w fotelu. Zobaczyć warto, ale warto również pamiętać o zabraniu na seans browaru.



ROZCZAROWANIA, KTÓRE MUSISZ ZOBACZYĆ:

Czyli: filmy, które mnie rozczarowały, ale i tak pójdziesz je zobaczyć, bo zostały nakręcone przez uznanych twórców. I słusznie.



Happy End (reż. Michael Haneke)

Im więcej tygodni mija od dnia, gdy widziałem najnowszy film Austriaka, tym bardziej myślę o nim, jak o największym rozczarowaniu tegorocznego festiwalu w Cannes. Problem nie leży w tym, że „Happy End” jest filmem złym, ale w tym, że nie odcisnął na mnie żadnego piętna. Poprzednie dwa filmy austriackiego reżysera (oba nagrodzone Złotą Palmą) były doskonałymi tytułami. „Biała wstążka” stanowiła pożywkę dla mózgu i oczu, „Miłość” miażdżyła na poziomie emocjonalnym. „Happy End” przyjąłem na chłodno - obejrzałem, przyjąłem do wiadomości, co Haneke chciał przekazać, ale pozostałem obojętny na to zarówno w trakcie seansu, jak i później. Chyba najbardziej mnie boli w tym filmie, że przetwarza motywy, które kino artystyczne mieli na okrągło i nie oferuje niczego więcej. Ujęcia kręcone z komórki, cyberseks, media społecznościowe – Haneke udowadnia, że stara się być na bieżąco, ale problem w tym, że wszystko to już w kinie było, i to wielokrotnie, w ciekawszej formie, oferując błyskotliwsze spostrzeżenia. Autor może i chce poruszać aktualne problemy relacji międzyludzkich w czasach internetu, ale niekoniecznie rozumie całość zagadnienia i potrafi tylko powtarzać prawdy już wypowiedziane.

Na szczęście jest to tylko jeden z wielu wątków, składających się na opowieść o dysfunkcyjnej burżuazyjnej rodzinie, zmęczonej egzystencją, hipokryzją, krewnymi (dobierz odpowiednie określenie do danej postaci, w niektórych przypadkach użyj dwóch lub wszystkich). Początkowo oderwane od siebie wątki z czasem zaczynają łączyć się w całość. Doświadczony twórca prowadzi to pewną ręką, Isabelle Huppert samą swoją obecnością na ekranie podnosi poziom zainteresowania odbiorcy i to do niej należy najlepsza scena w filmie, finał jest idealny, a nawiązanie do „Miłości” intrygujące. Zresztą sam film stanowi ciekawy dialog z poprzednim dziełem twórcy, pokazując bohaterów, którzy nie mogą się doczekać pożegnania się z życiem.

Nie zmienia to jednak faktu, że po seansie wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej z własnym życiem. Nie tego oczekiwałem po Mistrzu Szarpania Emocjami.



Na pokuszenie (reż. Sofia Coppola)

Jako ogromnemu fanowi „Między słowami”, jest mi cholernie przykro, że Sofia Coppola od 15 lat nie jest w stanie nakręcić czegoś porównywalnie dobrego. Nie zrozumcie mnie źle, wszystkie filmy Sofii od tamtego czasu były dobre, żaden jednak nie wzniósł się nawet delikatnie powyżej tego poziomu. „Na pokuszenie” niestety również tego nie robi.

Film jest pięknie nakręcony. Phillippe Le Sourd ładnie portretuje południowe rejony Stanów Zjednoczonych, nadając poetyckiego sznytu scenom plenerowym i szykownego wdzięku wnętrzom ogromnego budynku. Coppola doskonale czuje komizm historii, umiejętnie rozbawia widownię, operując humorem w różnej formie i natężeniu. Zupełnie jednak nie potrafi uchwycić innych emocji i budować klimatu dopasowanego do wydarzeń. Pierwsza połowa, która powinna buzować od erotycznego napięcia i żądzy wiszącej w powietrzu, jest prowadzona subtelnie. Niestety zbyt subtelnie, żeby traktować ją poważnie, można się jedynie podśmiechiwać – na szczęście w momentach, kiedy było to zamierzone przez reżyserkę. Jako źródło humoru sprawdza się więc to dobrze, jako podbudowa pod dramatyczną drugą połowę już niekoniecznie.

Drugiej połowie filmu natomiast brakuje odpowiedniej dawki emocji. Tam gdzie powinien być terror, jest pocieszne miotanie przedmiotami i wrzeszczenie, a „grozę” sytuacji szybko rozładowują drobne żarciki. Tam gdzie powinien być trudny wybór jest pospieszne przeskoczenie do realizacji tegoż. Nie ma to w sobie mocy, nie czuć ciężaru decyzji, nie czujemy ulgi z rychłego końca kryzysowej sytuacji, bo nawet przez moment nie odczuwamy zaniepokojenia czyimkolwiek losem. Za to oglądamy kolejne lekkie żarciki.

Źle zostały rozpisane relacje pomiędzy postaciami. Coppola zbytnio zawierzyła niedopowiedzeniom, przez co przyczynę pewnej kontrowersyjnej decyzji, dokonanej przez bohaterkę graną przez Nicole Kidman, musi wykrzyczeć ustami innej postaci, bo widzowi może nawet nie przejść przez myśl, że kryło się za tym coś więcej. Głównie dlatego, że nie zostało to podbudowane odpowiednimi scenami wcześniej. Problemem jest również to, że bardziej domyślamy się, co próbowali osiągnąć aktorzy, jak naprawdę to widzimy. Colin Farrell nie jest tak czarujący i intrygująco tajemniczy jak film próbuje nam wmówić. Elle Fanning sprawia wrażenie, że kreując postać próbowała osiągnąć równowagę pomiędzy niewinną nastoletnią dziewczyną, której kobiecość dopiero się rozbudza, a młodej manipulantki inicjującej kontakt z mężczyzną. Udaje się to połowicznie, bo zbyt często wycofuje się do typowej dla niej postawy eterycznej dziewczynki, która jedynie udaje dojrzałą kobietę. Nicole Kidman natomiast ciekawie wgryza się w postać matrony, nie popadając w łatwą karykaturę wierzącej starej panny. Niestety zabrakło (fabularnego) mięsa i chemii w jej relacji z Farrellem, na czym znacząco ucierpiał finał historii. Brak chemii jest o tyle ciekawy, że oboje stworzyli świetną ekranową parę w tegorocznym „The Killing of a Sacred Deer”, i to pod okiem reżysera, który z zasady stawia na zamierzenie „sztywne” kreacje aktorskie.

„Na pokuszenie” nie jest jednak złym filmem. Jest to produkcja ładnie zrealizowana, pięknie wyglądająca, z doskonałą obsadą (nie mogą się jednak wykazać, bo scenariusz na to nie pozwala), przystępnie i ekonomicznie skrojona (całość trwa 90 minut), ale chyba zbyt drastycznie przycięta względem literackiego oryginału, bo cierpi na tym finał historii.


KOŃCZĄC:

Rozrosło się to okrutnie, więc kończąc, szybko wspomnę jeszcze tylko o tym, że wśród tytułów, które można było już oglądać w polskich kinach, można znaleźć takie filmy jak: „Ostatnia rodzina” (reż. Jan P. Matuszyński), „Elle” (reż. Paul Verhoeven) oraz „Służąca” (reż. Park Chan-wook). Wszystkie warte zobaczenia, więc jeżeli ktoś jeszcze czegoś nie widział to ma teraz okazję nadrobić na dużym ekranie.

Bawcie się dobrze!

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza