niedziela, 8 kwietnia 2018

Ghost Stories - recenzja


Jeremy’ego Dysona i Andy’ego Nymana połączyła miłość. Miłość do brytyjskich horrorów z lat 70. Obaj mieli wtedy po piętnaście lat i mogli godzinami rozmawiać o duchach, demonach i innych cholerstwach. Obecnie mają po pięćdziesiąt jeden lat i debiut reżyserski na koncie. Oczywiście jest to horror. Oczywiście stanowi hołd dla brytyjskich horrorów z lat 70. Nieoczywistym jest natomiast, że jest to jeden z najlepszych filmów grozy ostatnich lat.

„Ghost Stories” narodziło się jako sztuka teatralna. Początkowo wystawiana w Liverpoolu szybko przeniosła się do Londynu, gdzie święciła triumfy i była bazą wypadową do kolejnych występów organizowanych na całym świecie. Dyson i Nymon (autorzy sztuki) postanowili po latach zaadaptować ją na duży ekran. Główne wątki pozostały, ale doszło kilka nowych warstw fabuły, twistów i wątek poboczny. Warto zaznaczyć, że „Ghost Stories” nie wygląda jak sztuka teatralna przeniesiona na duży ekran, często będziecie się natomiast zastanawiać jak to zdołali wcześniej zrealizować na scenie.


Film Dysona i Nymana to antologia historii z dreszczykiem. Całość spina wątek profesora zajmującego się demaskowaniem oszustów i szarlatanów twierdzących, że mają kontakt z duchami. W jego ręce wpadają trzy sprawy nierozwiązane przez jego dawnego guru, którego program telewizyjny zainspirował go przed laty do poświęcenia swego życia tej tematyce. Pierwsza nowela opowiada o nocnym stróżu (Paul Whitehouse), spędzającym wieczory w opuszczonym budynku szpitalnym, którego zaczyna prześladować duch dziewczynki w żółtej sukience. Bohaterem drugiej historii jest młody chłopak (Alex Lawther znany z seriali „Black Mirror” i „The End of the F***ing World”), który utknął na leśnej drodze po tym, jak potrącił coś przypominającego diabelską istotę. I w końcu biznesmen (Martin Freeman) czekający w swoim pięknym, sterylnym, designerskim domu na informacje ze szpitala o aktualnie stanie jego ciężarnej żony. Oczywiście szybko zaczyna doświadczać aktywności jakiegoś złośliwego ducha, która zdaje się być powiązana z komplikacjami zdrowotnymi jego żony.

Wszystkie historie sprawiają wrażenie opowiedzianych od połowy i do tego nagle urwanych. Szybko zaczynamy podejrzewać więc, że zostanie to jakoś zaadresowane w finale filmu. Rzeczywiście tak się dzieje, gdyż całość zostaje spięta pewną klamrą, która jakkolwiek nieco niedorzeczna, zgrabnie porządkuje rozsypane przez cały film puzzle, zachęcając przy okazji do kolejnych seansów, bo pewne elementy historii nabierają teraz dodatkowego znaczenia.

„Ghost Stories” nie jest filmem przerażającym, a przynajmniej nie w sposób przytłaczający, jest natomiast odpowiednio straszną historią, która łapie w pewnym momencie widza za gardło i zaczyna je bardzo powoli zaciskać. Jest to wzorcowa popisówa w operowaniu ekranową grozą. Nie zliczę ile razy podczas seansu moje ciało przeszły autentyczne dreszcze, w czym niemałą zasługę ma klimatyczny soundtrack i udźwiękowienie. Reżyserzy mistrzowsko opanowali też sztukę straszenia obrazem i tym, czego nie widać. Kamera często jest ustawiana bardzo blisko postaci, sprawiając wrażenie, że źródło niebezpieczeństwa jest na skraju kadru, wystarczyłoby przesunąć kamerę o kilkanaście centymetrów żeby zobaczyć coś przerażającego. Twórcy uwielbiają przeciągać takie momenty, nie spiesząc się z przejściem do następnego punktu - zapewnienia odbiorcy ulgi albo strasznego wydarzenia. W pewnej chwili ustawienie kamery, gra światłem i kilka innych elementów, sprawiły, że zacząłem nieufnie spoglądać na zagłówek w samochodzie, który mógł być zwykłym zagłówkiem, a mógł też być czymś człekokształtnym sprawiającym wrażenie zagłówka. Spodziewałem się więc, że w każdej chwili twórcy zagrają jakoś tym motywem, uderzając we mnie czymś strasznym albo udając, że uderzają we mnie czymś strasznym, ale w ostatniej sekundzie się wycofają i puszczą do mnie oko, jakby wypowiadając w podtekście: „ha ha, ty głuptasie, przecież to tylko zagłówek”. Dyson i Nyman zamiast tego przeciągają moment niedopowiedzenia i w końcu atakują elementem grozy z zupełnie innej strony, co czynią w filmie jeszcze wielokrotnie.


Dyson należy do angielskiej komediowej trupy The League of Gentlemen, nie jest więc specjalnie zaskakujące, że humor jest obecny w „Ghost Stories”. Zazwyczaj jest to jednak żart sytuacyjny, celnie użyty w odpowiednim momencie („fuck this!”, krzyczy pewien bohater, gdy pierwszy raz słyszy głos demonicznej istoty i natychmiast rzuca się do ucieczki) albo nawiązujący do brytyjskich realiów („fucking O2”, wyrzuca z siebie ten sam bohater, gdy odkrywa, że jego telefon nie ma zasięgu w terenie niezabudowanym, z czym sympatyzuję, jako nieszczęśliwy były abonament rzeczonej sieci). Nigdy jednak nie ulega pokusie naśmiewania się z gatunku, nie skręca w kierunku łatwej parodii i ciągłych żarcików rozładowujących napięcie. Film czerpie garściami z klasyków kina grozy, nawiązując do nich (oprócz wspomnianych produkcji brytyjskich z lat 70. można dostrzec chociażby ukłon w stronę „Evil Dead”), składając im hołd, ale też bawiąc się w błyskotliwy sposób kliszami gatunku i zapewniając tym samym stałą rozrywkę jego miłośnikom.

Film rozkręca się powoli, na pierwsze porządne operowanie klimatem niepokoju i grozy potrzeba poczekać z przynajmniej dwadzieścia minut, ale od tamtego punktu zaczyna być już być tylko coraz straszniej. Panowie stopniują grozę, dozując ją pewną ręką i zapewniając coraz lepsze wrażenia, które często kwitujemy nerwowym śmiechem, będącym bardziej ujściem dla skołatanych nerwów, jak niewinnym rozbawianiem sytuacją na ekranie. „Ghost Stories” to jeden z tych filmów, które im straszniejsze się robią, tym bardziej bawią i sprawiają przyjemność, bo doceniamy kunszt w operowania grozą i ogromną pomysłowość twórców.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz