poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Isle of Dogs (Wyspa psów) - recenzja


Zważywszy na to, jak bezceremonialnie i często ginęły psy w jego poprzednich filmach, zakrawa na ironię, że nowa produkcja od Wesa Andersona nazywa się „Kocham psy”. Wprawdzie niedosłownie, ale przeczytajcie sobie na głos oryginalny tytuł („Isle of dogs”) a odkryjecie sprytnie ukryte - „I love dogs”. Anderson jednak rzeczywiście musi kochać psy, bo świadczy o tym każda minuta jego przeuroczej „Wyspy psów” z sympatią i ciepłem opowiadającej o czworonogach.

„Wyspa psów” przenosi widza w niedaleką przyszłość do japońskiej metropolii, której mieszkańcy zmagają się z tajemniczą psią grypą. Wygląda na to, że każdy zwierzak jest nosicielem, lokalne władze, kierowane przez groźnego burmistrza Kobayashiego, postanawiają więc zesłać wszystkie psy na pobliską Wyspę Śmieci. Kilka miesięcy później, dwunastoletni krewniak burmistrza, Atari Kobayashi, kradnie mały samolot i udaje się do wspomnianego miejsca żeby odszukać swojego ukochanego psa. Niestety rozbija się tam swoim pojazdem, czego efektem jest kawał metalu wystający z jego czaszki przez resztę filmu, ale szczęśliwie dla niego chłopiec trafia na przyjaźnie nastawioną watahę psów. Początkowo wydaje się, że grupie przewodzi Rex (Edward Norton), inicjujący kolejne głosowania rozstrzygane na jego korzyść, ale szybko okazuje się, że to outsider - bezpański, zaniedbany Chief (Bryan Cranston), trzymający się nieco na boku i podchodzący do ludzi z niechęcią, kategorycznie odmawiając okazywania uległości względem człowieka, wyrasta na prawdziwego bohatera filmu. Z Chiefem wiążą się dwa twisty fabularne, przechodzi ewolucję, metamorfozę (a nawet dwie) i skutecznie kradnie serce odbiorcy.

Film Andersona jest wypełniony kapitalnymi pomysłami. Jest to produkcja zrobiona przy pomocy techniki animacji poklatkowej. Ekipa animatorów bawi się wykorzystywaną technologią, zgrabnie korzystając z jej możliwości, ale też ograniczeń, czyniąc z nich zalety i pomysłowo adaptując do roli gagów wizualnych. Chociaż scenografie oraz ogólnie cały przedstawiony świat jest ponury (wszakże lwia część akcji ma miejsce na wysypisku) i ciągle operuje się tutaj odcieniami szarzyzny to nie ma mowy o nudzie w warstwie wizualnej. Każda kolejna lokacja to nowa wartość i doznanie, ciesząca oczy detalami, pociesznymi zabudowaniami, pomysłową architekturą, ciekawie rozstawionymi w ekranowej przestrzeni rekwizytami, a wszystko zrobione wedle wzorca – ma bawić, ale nie może to zarazem dominować sceny i narzucać humorystycznej tonacji na wszystko, co się wydarzy w danym miejscu. Częściej więc siedzi się z szerokim uśmiechem na twarzy wywołanym przez ogólny klimat filmu, jak wybucha gromkim śmiechem, bo komizm często łączy się tutaj z czymś niezręcznym. Źródłem humoru potrafią być na przykład samobójcze myśli bohaterów, temat mało zabawny, ale poprowadzony jest w taki sposób, że widz pozostaje w stanie rozbawienia, a jednak nie ma wrażenia obcowania ze smoliście czarnym humorem.


Jest to niewątpliwie dzieło Wesa Andersona, produkcja nieco dziwna, z pogranicza kina dla dzieci i dorosłych, nigdy nieprzekraczająca granicy dobrego smaku, ale jednak daleka od bezpiecznych, uładzonych bajek, które nikogo nie zbulwersują. W dialogach słyszymy o spółkujących psach, w ruch idzie trucizna, widzimy patroszenie ryby podczas przygotowywania sushi, a nawet operację przeszczepu wątroby. Jest to na tyle umowne, na ile czyni to animowana forma filmu, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że jakiś rodzic będzie podirytowany, a nadwrażliwe dziecko nieco poruszone taką treścią. Jedno jest pewne, nie nudziłem się nawet przez minutę, twórcy cały czas dbają o to, żeby jakoś zaciekawić odbiorcę. Fabuła jest nielinearna, często wskakują retrospekcje, zabawy formalne i błyskotliwe sztuczki narracyjne. Zawsze czeka na widza jakiś gag - wizualny, muzyczny, czy też skrywający się w dialogu, który zapewni, że nie zniknie nam z ust ten grymas rozbawienia, który jest stałym ustawieniem naszej twarzy podczas seansu.

Obsada aktorka jest imponująca, a wszyscy wykonują kawał dobrej roboty, bez większego wysiłku nadając życie swoim animowanym podopiecznym. Cholernie przyjemnie się słucha tych wszystkich głosów. Szczególnie należy pochwalić Bryana Cranstona, Edwarda Nortona i Scarlett Johansson, bo to sceny z ich bohaterami i wypowiadane przez nich kwestie najbardziej zostają z widzem po seansie. Każdy jednak ma tutaj swój moment, kiedy może zabłysnąć - Greta Gerwig, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Harvey Keitel, czy też (w końcu) stały element filmografii Andersona, czyli Bill Murray.

Jeżeli miałbym podsumować „Wyspę psów” jednym słowem byłoby to: doskonałość. Niczego bym tutaj nie zmienił. Ogląda się to ze stałym zainteresowaniem, interakcje pomiędzy bohaterami bawią, kolejne lokacje nie przestają zaskakiwać pomysłowością twórców, orientalne kompozycje Desplata są idealnie dobrane, podobnie jak znana ze zwiastuna piosenka „I won’t hurt you” (The West Coast Pop Art Experimental Band), humor jest subtelny, często uderzający w specyficzne tonacje, idealnie trafiający jednak w moją wrażliwość, podobnie jak dziwaczny klimat filmu, przy którym nie sposób się nudzić, ale zapewne nie każdemu on podejdzie. Fan twórczości Andersona powinien być jednak zachwycony. Ja byłem.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza