czwartek, 23 maja 2019

Once upon a time... in Hollywood - recenzja


Wtorkowy dzień w Cannes należał do Quentina Tarantino. W ostatniej godzinie poprzedzającej pierwszy oficjalny pokaz prasowy na świecie można było odnieść wrażenie, że każdy posiadacz akredytacji dziennikarskiej postanowił zobaczyć ten film w tym właśnie momencie. Zważywszy na to, że liczba akredytowanych osób kilkukrotnie przewyższa liczbę wolnych miejsc na sali to można się łatwo domyśleć do jakich scen dochodziło na zewnątrz budynku. Były żałosne próby wmieszania się w tłum posiadaczy akredytacji z najwyższym priorytetem przez osoby stojące najniżej w festiwalowej hierarchii (ostatecznie nikt z nich nie zobaczył filmu tamtego dnia), ale czujna obsługa odsyłała takich delikwentów na koniec przypisanej im kolejki. Były próby wbicia się w ostatnich 20 minutach na krzywy ryj na początek kolejki, ale z winowajcami rozprawiano się szybko i okrutnie. Ich ciała wciąż wiszą na okolicznych latarniach jako ostrzeżenie dla innych cwaniaków. Niektórzy Quentina Tarantino nienawidzą, niektórzy kochają, ale wszyscy równie mocno chcieli zobaczyć jego nowy film.

Zapewne to nie jakiś fan jego twórczości głośno buczał i krzyczał coś gniewnie po francusku, gdy przedstawiciel festiwalu wyszedł na scenę żeby poprosić w imieniu reżysera o rozważne korzystanie ze spoilerów w recenzjach i nie psucie zabawy widzom, którzy film zobaczą dopiero w połowie lata. Cannes znowu udowodniło, że bycie francuskim krytykiem to stan umysłu i zazwyczaj wiąże się z byciem irytującym bucem. Sama uwaga o unikaniu spoilerów wydawała się być mocną przesadą przez większość seansu aż… zaczęła być zrozumiała. Nie czas i miejsce żeby się o tym teraz rozpisywać, ani tym bardziej wdawać w szczegóły, ale reżyser przygotował w finale kilka soczystych niespodzianek i rozwiązań fabularnych, które jednych będą równie mocno zachwycać (publiczność na pokazie wielokrotnie wybuchała salwą entuzjastycznych braw), co drugich irytować i bulwersować. Quentin zdecydował się na garść kontrowersyjnych decyzji fabularnych i jestem przekonany, że niejeden artykuł z clickbaitowym tytułem zostanie w przyszłości napisany na ten temat.

Zostawmy jednak na razie tę kwestię, bo szalony, krwawy, energetyczny finał jest nie tyle sednem filmu, co okazją do pojechania po bandzie w ostatnich 30 minutach i nagrodzenia przy okazji odbiorców za cierpliwe wysłuchanie tego, co Tarantino miał do powiedzenia wcześniej, a miał dużo. Przez ponad dwie godziny. Reżyser opisuje swój film jako najbliższy temu, co zrobił w „Pulp Fiction”, a jednocześnie dodaje, że był to dla niego równie osobisty projekt co „Roma” dla Alfonso Cuaróna. Oba porównania, jakkolwiek trafne do pewnego stopnia, mogą być mylące. Z „Pulp Fiction” film dzieli strukturę fabularną, pozornie niepowiązane ze sobą wątki, które powoli zazębiają się, ostatecznie tworząc przemyślaną konstrukcję.

Delikatna i subtelna „Roma” może zaskakiwać jako punkt referencyjny dla filmu Quentina Tarantino orbitującego wokół słynnego krwawego mordu, ale sęk w tym, że reżyser od samego początku powtarzał – to nie jest film o Mansonie (ten pojawia się tylko w jednej scenie), ale opowieść o Los Angeles w roku 1969. Jest to historia miasta jakie zapamiętał sześcioletni wtedy Quentin, ale też kinofilski wehikuł czasu opowiadający o czasach, które odeszły. Jest to (osadzony kilka miesięcy wcześniej) prolog do „nocy nienawiści”, która była ponurym epilogiem „lata miłości”. Krwawy mord dokonany w wilii Polańskiego wstrząsnął całym krajem, ale przede wszystkim to wylał kubeł zimnej wojny na głowy ówczesnych gwiazd żyjących w L.A. Nikt nie czuł się już bezpiecznie. Skończyły się beztroskie czasy, niezamykane dotąd drzwi zaczęły być ryglowane, wokół nieogrodzonych will rozbudowywano mury i stawiano bramy, a w mieście zapadła groza i panika, bo nie wiadomo było, czy to był pojedynczy mroczny epizod, czy też początek krwawej serii.

Film Tarantino nie wybiega jednak tak daleko i nie opowiada o tym, co było później, skupia się raczej na tym, co było wcześniej. „Pewnego razu… w Hollywood” nie ma jakiejś konkretnej historii, bo to wycieczka po tytułowym Hollywood. Opowieść o gwieździe telewizyjnego serialu z lat 50., która bezskutecznie próbowała zrobić karierę kinową w latach 60. (Leonardo DiCaprio). O jego koledze kaskaderze, którego mroczna przeszłość (a może tylko okropna plotka?) towarzyszy mu niczym cień, utrudniając wykonywanie zawodu, częściej więc robi za szofera i chłopca na posyłki jak za gościa, który może zlecieć z czegoś wysokiego (Brad Pitt). Jest to też historia wschodzącej gwiazdki dużego ekranu, pięknej, młodej aktorki, żony słynnego reżysera, która jeszcze nie jest wystarczająco znana żeby wywoływać sensację spacerem po ulicy, ale dość popularna żeby kojarzyli ją ludzie z branży (Margot Robbie).

Tarantino nie spieszy się, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo (doskonali Damian Lewis i Mike Moh jako Steve McQueen i Bruce Lee). Quentin dużo też nawiązuje do własnej twórczości, sięga po motywy, utwory, postaci, a przede wszystkim to charakterystycznych aktorów, których z łatwością wyłapie każdy miłośnik jego twórczości.

Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, osobiście cieszyłem się każdą minutą seansu, ale jednocześnie dostrzegałem minusy takiego tempa i podejścia do prowadzenia historii. Mam wątpliwości, czy tak skonstruowany film ma potencjał do bycia dziełem wielokrotnego użytku (ale z całą pewnością przetestuję to w sierpniu) i zapewne wielu widzów będzie narzekać na ślamazarność filmu oraz brak jakiejś konkretnej historii. Film sprawia wrażenie niedokończonego w postprodukcji, obciążonego zbyt dużą dawką materiału, który powinien był wylecieć na stole montażowym. Wynika to zapewne z pośpiesznych prac żeby zdążyć na festiwal. Nie zdziwiłbym się, gdyby Quentin spędził teraz następnych kilka tygodni na dopieszczaniu swojego dzieła, poprawianiu jego rytmu i wyrzucaniu niepotrzebnych scen. Jeżeli rzeczywiście zdecyduje się na taki krok to z dużym zainteresowaniem zasiądę ponownie do filmu, gdy już trafi do normalnej dystrybucji.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz