sobota, 25 maja 2019

Mektoub, My Love: Intermezz - recenzja


Kontynuacja filmu „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza”. Abdellatif Kechiche zabierał w nim widza do francuskiej nadmorskiej miejscowości z lat 90. Bohaterami była grupa miejscowych (powiązanych ze sobą skomplikowaną siatką powiązań rodzinnych, uczuciowych i koleżeńskich), a także kilka przyjezdnych dziewczyn. Postacie swój cały czas spędzały na plażach, w restauracjach, klubach nocnych oraz… zagrodach z owcami. Życie upływało im na romansach, zabawach i plotkowaniu. Wchodziło to dobrze, Kechiche ma talent do opowiadania takich długich opowieści o niczym i portretowaniu w naturalny sposób młodzieńczych aktywności. Niewątpliwym minusem filmu była jednak jego długość. Jest pewna granica cierpliwości w oglądaniu zmierzającej donikąd wakacyjnej biby po przekroczeniu której widz zaczyna odczuwać znużenie. Kechiche przekroczył tę granicę o jakąś godzinę ekranowego czasu.

Gdy pierwsze informacje o kontynuacji powiadomiły, że będzie ona trwała jeszcze dłużej (cztery godziny) to poczułem zaniepokojenie. Liczyłem jednak na to, że Kechiche nie spędzi tym razem większości filmu na plażowej imprezie i zechce też opowiedzieć coś ciekawego. Przeliczyłem się.

Film ostatecznie został skrócony o 30 minut. Całe szczęście! Już pierwsza część cierpiała na jałowość scenariusza, ale w porównaniu z fabułą drugiej części była arcydziełem scenopisarstwa. Bohaterowie nie przeszli żadnej drogi od czasu pierwszego filmu, żyją i przeżywają dokładnie te same miałkie problemy co wcześniej, zatrzymali się w miejscu, a ich rozmowy sprawiają materiał wycięty z poprzedniego filmu. Historia zaczyna się w znajomym miejscu: na plaży. Młode, atrakcyjne dziewczyny, prężą się w strojach kąpielowych, a reżyser dba o to żeby kamera zaglądała im przez cały czas w dekolty, krocza i rejestrowała jędrność ich pośladków. Po jakichś 30 minutach pustych rozmów o niczym bohaterowie przenoszą się z plaży do znanego z poprzedniego filmu klubu nocnego i już z niego nie wychodzą. Kolejne trzy godziny to impreza w lokalnej mordowni w rytmach muzyki techno i popowych kawałków. Jeżeli widzieliście poprzednią część to wyobraźcie sobie rozszerzoną wersję scen klubowych bez robienia przerw na odwiedzenie lokalnych kawiarni, pubów i trzody chlewnej. Trzy godziny obserwowania seksownie prężących się dziewuch nasiąkających powoli alkoholem i potem. Kechiche bezwstydnie studiuje ich ciała, zawieszając się na powabnych detalach tak długo, że zawstydziłby nawet Michaela Baya. Dziewczyny tańczą, seksualne napięcie rośnie, tańczą jeszcze więcej, robią przerwę na drinka, ale nawet jak przystają żeby poplotkować to dostajemy przebitki na ich tańczące koleżanki, albo widać kogoś tańczącego w tle, a później wyginają się jeszcze więcej. I tak przez trzy godziny.

Kechiche jest dobry w nasączaniu filmu erotyzmem i obsesyjnym podglądaniu piękna kobiecego ciała, ale w tym projekcie osiąga to tak patologiczne stany, że znudziłoby nawet największego onanistę. Stałe biczowanie mózgu odbiorcy miarowym techno oraz podskakującymi piersiami i tyłkami znieczula go w końcu na przekazywaną treść i pozostawia w stanie otumaniania. Z filmu wyszedłem tak wyczerpany jakbym spędził tę całą morderczą noc na parkiecie razem z bohaterami. I poniekąd spędziłem. Chyba żeby rozbudzić nas z tego letargu Kechiche pod koniec drugiej godziny seansu wrzuca długą pornograficzną scenę seksu oralnego. Pierwsze doniesienia mówiły o 27 minutach, być może część z tego padło ofiarą wspomnianych cięć montażowych, bo ostatecznie sekwencja trwa „zaledwie” kilkanaście minut. Wystarczająco dużo żebyśmy poznali każdy skrawek ciała aktorki w tym intymnym momencie.

Mam problem z tym jak Kechiche traktuje w swoim filmie młode aktorki (czytaj: jak kawał mięsa). Reżyser może się bronić, że to był zamierzony efekt artystyczny, obsesyjna dbałość o realizm (wspomniana scena seksu) oraz chęć celebrowania piękna kobiecego ciała, ale nie należy zapominać z jaką traumą Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos wspominają pracę z nim przy „Życiu Adeli”. Obawiam się, że starszy pan cynicznie zasłania się sztuką żeby wykorzystywać niedoświadczone dziewczyny z Europy do robienia przed kamerą rzeczy, które nie przeszłyby na amerykańskim planie zdjęciowym (zwłaszcza teraz). I wcześniej przynajmniej służyło to angażującej historii („Życie Adeli” to bardzo dobry film), a teraz wydaje się nadrzędną wartością i pretekstem do pokazania roznegliżowanych i gołych bab, czego kwintesencją jest ostatnia scena w filmie.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza