niedziela, 12 maja 2013

A Fantastic Fear of Everything - recenzja





Czy zastanawialiście się kiedyś, co by powstało, gdyby David Lynch naoglądał się za dużo Monty Pythona, napisał scenariusz osadzony w Anglii, oddał go w ręce Polańskiego, który po nakręceniu połowy filmu przypomniał sobie, że Wielka Brytania ma podpisaną umowę ekstradycyjną z USA, uciekł z planu zdjęciowego, a kontynuacji projektu podjęliby się bracia Coen, przy okazji prosząc Tima Burtona o dorzuceniu kilka scen z animacją poklatkową? Ja też nie. Niejaki Crispian Mills natomiast nie tyle się zastanowił, ale wręcz postanowił zrealizować symulację takiego projektu. Jak zadebiutować, to z przytupem. Mills takim zupełnym anonimem bynajmniej nie jest. W latach 90. był liderem psychodelicznego indie-rockowego zespołu Kula Shaker, którego każdy szanujący się hipster powinien kojarzyć i udawać, że znudził się nimi jeszcze w podstawówce. 


A fantastic fear of everything” jest chyba najbardziej odjechanym zeszłorocznym tytułem. Dawno już nie było mi dane oglądać tak nieprzewidywalnej fabuły. Zaczyna się niczym ciężki, psychodeliczny (chwilami mroczny) film o paranoiku, który sparaliżowany licznymi fobiami , pogrąża się w obłędzie, całymi dniami przesiadując w zatęchłej norze, którą zwie mieszkaniem. W końcu jednak zmuszony jest opuścić swoje śmierdzące gniazdko i wyjść na zewnątrz (dla dodania sobie kurażu zapuszcza... gangsta rap). Mniej więcej w tym momencie, w połowie filmu, zauważamy, że absolutnie nie sposób przewidzieć tego, co wydarzy się dalej. Mills ma doprawdy bujną, a przy tym chorą, wyobraźnię, której folguje dowoli. Dość powiedzieć, że jedną z dramatyczniejszych scen w filmie osadzono w pralni. Stężenie emocji, jakie towarzyszy "zwykłemu" nastawianiu pralki, śledzeniu cyklu mycia i odwirowywania gaci, ociera się o geniusz. W kulminacyjnym momencie zobaczymy znoszone, sprane majtki, wirujące w pełnym slow-motion w powietrzu przy donośnej muzyce. I shit you not.

Historia jest porażająco zabawna, ale nie jest to humor dla każdego. Rozbawia absurdalność tego co widzimy, niedowierzanie, że zrobiono to co zrobiono, a na kolana powala swoją kreacją Simon Pegg. Jest wybitny w swej roli. Jak to ktoś powiedział, samo przerażenie potrafi zagrać na więcej sposobów, jak niektórzy „aktorzy” wszystkie stany emocjonalne razem wzięte.

Film natomiast do wybitnych niestety nie należy, brakuje w tym jakiejś porządnej historii, ale nie odczuwa się tego szczególnie, bo autentycznie jest się ciekawym kolejnych abstrakcyjnych pomysłów reżysera, który dosłownie co pięć minut ewoluuje formułę filmu, rzucając nas po różnych gatunkach. Karkołomny projekt, ale o dziwo trzyma się to kupy. Zadziwiająco, jak na debiutującego reżysera, umiejętne operowane tak ekstremalnym formalnie tytułem. Może się nie spodobać, ale myślę, że warto podjąć ryzyko i przeżyć to na własnej skórze. 



0 komentarzy:

Publikowanie komentarza