sobota, 11 maja 2013

Trance (Trans) - recenzja



Jak ja lubię takie filmy, pojawiają się praktycznie znikąd, bez wielomiesięcznej kampanii promocyjnej, miliona telewizyjnych spotów i kilkunastostronicowych artykułów w prasie. Po prostu ze dwa zwiastuny na trzy miesiące przed premierą, ale za to na tyle obiecujące, że później ze zniecierpliwieniem wyczekuję rychłej premiery, czego nie mogę powiedzieć o większości blockbusterów z ich rozbuchanymi kampaniami promocyjnymi.


Danny Boyle się nie czai, od pierwszych minut udowadnia, że od strony technicznej należy do ścisłej czołówki współczesnych reżyserów. Jest nowocześnie, dynamicznie, ale czytelnie, z klasą, bez odpustowych elementów, głośniki tętnią tak lubianymi przez niego żywiołowymi elektronicznymi utworami, na kadry patrzy się sycząc oczy, całość zmieszana ze sobą z głową i z szacunkiem dla scenariusza.

No właśnie, scenariusz… Film nasycony jest mindfuckami, ale te przychodzą z czasem, od początku daje się wyczuć, że przed napisami końcowymi czeka nas niejeden twist, ale zanim zaczyna się mieszać z naszą percepcją wydarzeń, jest po bożemu, poznajemy bohaterów, ich motywacje i charaktery, uczymy się zasad rządzących tą historią, a później się okazuje, że nie wiemy niczego, nic nie jest proste i w zasadzie to niewiadomo komu w tej historii kibicować, bo wszyscy są w jakimś tam stopniu upośledzeni moralnie.

Jak to z historiami z twistem bywa, nie obeszło się bez zgrzytu. Przez cały film informacje dozowane są oszczędnie, reżyser dużo pozostawia spostrzegawczości widza, niewiele wyjaśnia, pozwala nam kombinować i to jest fajne. Szkoda, że w ostatnich kilkunastu minutach fabuła wrzuca wyższy bieg, zaczyna pędzić, wszystko wykładane jest głośno, wyraźnie, bez niedomówień i gdy już zaczynamy odczuwać pewne rozczarowanie, to okazuje się, że jednak nie wszystko jest takie jasne.

Mam mieszane odczucia względem takiego rozwiązania, drugi seans może zweryfikować nieco końcową ocenę, na razie stawiam jednak wysoką ocenę (8/10), bo to świetnie przyrządzona historia, wciągająca i angażująca szare komórki, do tego kapitalna technicznie i z utalentowaną obsadą (znakomity James McAvoy, którego nie stłamsił charyzmatyczny jak zwykle Vincentowi Cassel, a i Rosario Dawson nie ustępuje im kroku, magnetyzując do tego rozbieranymi scenami). Danny Boyle w najlepszym wydaniu.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza