sobota, 22 czerwca 2013

Behind the Candelabra - recenzja


Jak na reżysera, który podobno przeszedł na emeryturę, to ostatnim czasem Steven Soderbergh jest zadziwiająco aktywny. Dopiero co przeleciało przez polskie ekrany „Panaceum”, czyli rzekomo jego ostatni film kinowy, a już mamy okazję oglądać na afiszach (przynajmniej w UK) „Behind the Candelabra”. W fazie przedprodukcyjnej jest zaś mini-serial, „The Knick”, w którym wystąpi Clive Owen. Całkiem aktywna ta emerytura.

Nikt chyba jednak do końca nie wierzył, że facet trzaskający dwie premiery kinowe rocznie chce całkowicie rozstać się z kamerą. Artystę zmęczyły wieczne zmagania z systemem studyjnym, poleganie na humorach i wymysłach osób sprawujących władze w wielkich wytwórniach podlegających gigantycznym korporacjom multimedialnym. „Behind the Candelabra” jest próbą uwolnienia się od tego producenckiego piekła i opowiedzenia ciekawej historii bez cerberów w garniturach dyszących nad głową. A umożliwiło to HBO, które wyłożyło pieniądze na historię, której żadne studio filmowe nie chciało ruszyć. Opowieść o Liberace pokazaną z perspektywy jego wieloletniego kochanka.

„Behind the Candelabra” miało swoją premierę na festiwalu w Cannes, gdzie zostało ciepło przyjęte przez krytyków. Pokazało to, że do realizacji pełnometrażowych filmów z gwiazdorską obsadą niepotrzebne jest wsparcie głównych graczy w kinowym interesie. Stacje telewizyjne coraz śmielej poczynają sobie na tym poletku, zwłaszcza HBO, znane z realizacji wielu świetnych filmów pełnometrażowych. Ma to jednak swoje minusy, w „Behind…” odczuwalny jest niestety telewizyjny rodowód (w USA film zresztą miał premierę na małym ekranie). Szczególnie od strony technicznej. Nie ma tu śladu z Sodenbergha poszukującego. Nie eksperymentuje z formą, nie odkrywa nowych szlaków filmowych, nie bawi się z kamerą, opowiada z gruntu rzeczy prosta historię, w sposób pozbawiony twórczego charakteru. Różni się to znacząco od większości jego poprzednich filmów, które nie zawsze były udane, nieraz zdarzało mu się przekombinować, skręcić za bardzo w kierunku artystycznej pretensji, albo przedobrzyć pod względem technicznym, ale zawsze można było powiedzieć, że czymś się te filmy cechowały. „Behind the Candelabra” cechuje się co najwyżej poprawnością.

No dobra, żebym nie został źle zrozumiany, film nie jest nużąco przeciętny, od strony realizacyjnej jest porządnym rzemiosłem, na które przyjemnie się patrzy, ale no właśnie, tylko rzemiosłem. Ostrożnym, pozbawionym szaleństwa, innowacyjnych zapędów i błyskotliwych pomysłów. Od strony formalnej, tworem do bólu telewizyjnym. Operatorowi zdarzy się wprawdzie umieścić czasem kamerę w nietypowym miejscu, ale to wszystko na co możemy liczyć. Skromniejszy budżet cały czas kłania się widzowi w pas.

Skoro już sobie ponarzekałem, to oddam twórcy trochę sprawiedliwości. Jakkolwiek jest to jego najbardziej niewyrazisty film od lat, to paradoksalnie należy do jednych z najbardziej udanych. Udanych trochę na zasadzie szkolnego zaliczenia, ale jednak udanych. Historia trzymana jest w ryzach, klimat epoki oddany, aktorzy poprowadzeni bez wpadek (tak, również Matt Damon), a para głównych bohaterów przedstawiona bez faworyzowania nikogo. No właśnie, gwiazdą filmu jest zdecydowanie Michael Douglas, to nikogo chyba jednak nie dziwi. Liberace to postać samograj. Wymarzona rola dla każdego utalentowanego aktora i w pełni wykorzystana. Damon jednak nie odstaje, z o wiele cięższej roli, bo mniej wyrazistej, opartej na emocjach, wyciska dużo, nie dając się zepchnąć w cień. Osoby darzące go niechęcia i tak będą kręcić nosem, ale będzie to nieco krzywdzące, bo to solidna, choć pozbawiona fajerwerków, rola.

Nie jest to film o którym łatwo się pisze. O wiele przyjemniej się go ogląda niż później o tym opowiada. Oprócz tego, że niewyrazisty, to jeszcze pozbawiony komentarza odautorskiego, w gruncie rzeczy wyprany z idei, reżyser nie próbuje nam czegoś przekazać, nie ma nic ciekawego do powiedzenia, po prostu dokumentuje pewien wycinek z historii popkultury. A że robi to w sposób dość beznamiętny, aczkolwiek chwilami zabawny, to nie porusza w widzu żadnych strun. Do kina niekoniecznie warto (o ile w ogóle będzie wyświetlany w Polsce), ale na małym ekranie już jak najbardziej, tam jest jego miejsce i obejrzany w tej formie nie pozostawiłby wiele do życzenia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza