wtorek, 25 czerwca 2013

World War Z - recenzja


World War Z” zapowiadał się na finansową wpadkę roku. Nie zachęcające zwiastuny. Odstraszające plakaty. Liczne zmiany scenariusza. I w końcu, zdawałoby się złoty strzał – po zmontowaniu surowej wersji filmu odkryto, że finał się nie sprawdza, słabuje dramaturgicznie, a do tego odstaje klimatem od reszty filmu. To doprowadziło do drastycznej decyzji wyrzucenia całego ostatniego rozdziału, osadzonego w Rosji, napisanie nowego zakończenia i dokręcenie materiału, wydając na to dodatkowe 20 milionów dolarów (przy budżecie oscylującym w granicach 200). Żeby dopełnić obrazu potencjalnej tragedii, należałoby dodać, że za poprawki w scenariuszu odpowiadał Damon Lindelof. Osoba znienawidzona przez internautów za zepsucie finału „Zagubionych”, nakreślenie ostatecznego kształtu „Prometeusza” oraz maczanie palców w skryptach „Kowbojów i obcych” i ostatniego Star Treka. Tak, to nie miało prawo się udać. A jednak!

Ton filmowi nadaje początkowa sekwencja. Nie tracimy czasu na długie wprowadzenie. Postapokalipsa rozpoczyna się niemalże z marszu. Po pierwszych dziesięciu minutach znajdziemy się w centrum owładniętej epidemią Filadelfii, po kilkunastu, zaczną się grabieże, próby gwałtów i cały ten typowy „człowiek-człowiekowi-wilkiem” szajs, a po dwudziestu, będziemy już znali wszystkie zasady rządzące się filmowym światem i zabierzemy się za podróż do jego jądra. Jest to wszystko strasznie forsowne. Z jednej strony fajnie, że twórcy nie próbują po raz czterdziesty trzeci udawać, że widz nie oglądał żadnego filmu o zombie i podstawowe reguły działania wirusa przedstawiają dosłownie w przeciągu kilkunastu sekund. Z drugiej, trochę to odseparowuje emocjonalnie, bo uczestniczymy tylko w rajdzie ku kolejnym scenom.


Co nie znaczy, że napisane jest to nieudolnie. Wręcz przeciwnie, ze zdawałoby się niemożliwej do zaadaptowania książki, wyciśnięto historię nadającą się na dwugodzinną opowieść filmową. Niewiele ma to wspólnego z oryginałem Maxa Brooksa. Ale inaczej być nie mogło. Formuła książki jest nietypowa, paradokumentalna, każdy rozdział jest nową opowieścią z innym bohaterem. Poznajemy wiwisekcję epidemii, od jej pierwszych dni, poprzez eskalację i późniejsze realia życia w Zombielandzie. Czytamy wspomnienia osób z całego świata, przedstawicieli ówczesnej władzy, naukowców, reżysera filmów propagandowych, kosmonauty, w końcu licznych panów iksińskich z ich anonimowymi tragediami. Próba zaadaptowania tego na duży ekran wydawała się szaleństwem. Wróć, była szaleństwem. To co powstało, ledwie liże literacki oryginał, wykorzystuje pojedynczych bohaterów i epizody, ale ogólnie podąża własną ścieżką. Można by się zastanawiać, jaki był więc sens w wykupywaniu praw do książki. Równie dobrze mogła to być przecież samodzielna opowieść, zaoszczędzono by na licencji, nie drażniono by fanów oryginału, uniknięto by niewygodnych porównań. Ale wystarczy przeczytać na głos tytuł, żeby zrozumieć decyzję o zakupienia praw do niego. Jest on błyskotliwy, chwytliwy marketingowo, no i zwyczajnie fajny, co w zestawieniu z osobą Brada Pitta i zaskakującym sukcesem książki, powinien zapewnić odpowiednią dawkę szumu medialnego. A że po drodze nie wszystko wyszło jak należy, co zaowocowało wątpliwą sławą projektu, to już inna sprawa.

No nic. Wracając do filmu. Scenariusz jest całkiem zgrabnie sklecony. Ma wprawdzie trochę dziur logicznych, ale który letni blockbuster ich nie ma? Najważniejsze, że wbrew obawom, nie są one głębokości Rowu Mariańskiego. Wprost przeciwnie, całkiem inteligentnie poprowadzono historię i jeżeli tylko zdołamy przymknąć oko na drobne głupotki, obejdzie się bez zgrzytania zębami. Niesławny finałowy akt okazuje się zaś być najlepszą sekwencją w filmie, porzucającą rozmach globalnej skali wydarzeń, na rzecz skromnej zabawy w kotka i myszkę, podczas sekwencji klimatycznego przekradania się przez kolejne pomieszczenia placówki badawczej. Oczywiście musiało to w końcu zostać „zepsute” zainicjowaniem zwyczajowego ganiania się po korytarzach, ale ciężko oczekiwać od popcornowej widowni, żeby usiedziała długo w skupieniu.

Pozytywnie zaskakują również zombiaki. W zwiastunach dużo obaw wzbudzały sceny z hordami komputerowych, mrówko podobnych, umarłych, tłoczących się niczym pasażerowie PKP w okresie letnim. „Kopczyki” z truposzy na szczęcie występują w filmie epizodycznie, wszystkie sceny z wykorzystaniem tego efektu zmieściły się w zwiastunach, a co najważniejsze, w finalnym produkcie sprawdzają się bez zarzutu, mają swoje uzasadnienie i zapewniając nawet pewną dawkę emocji. To co jest natomiast boleśnie odczuwalne, to kategoria wiekowa. Całe zabijanie, gryzienie, rozczłonkowywanie, konsumowanie i cały ten zombiastyczny sztafaż, ma miejsce poza kadrem. Doprowadza to do nieco kuriozalnych scen, gdy napięcie ma budować scena z łomem, który utknął w głowie umarlaka, co uniemożliwia obronę przed innym truposzem. W sytuacji jednak, gdy nie zobaczyliśmy samej sceny ciosu narzędziem, nie zostaliśmy też uraczeni chociażby sekundowym ujęciem z kawałem metalu tkwiącym w ciele (nawet w półcieniu, mogło się obejść bez drastycznych szczegółów), wygląda to trochę tak, jakby bohater odganiał się kijem od jakiegoś uporczywego psiaka podgryzającego nogawkę spodni. Domyślamy się, co ma miejsce poza kadrem, ale zostało to kiepsko zasygnalizowane przez reżysera.


Krwawa jatka nie jest mi niezbędna do cieszenia się filmem. W filmie postapokaliptycznym jednakże, gdy dramaturgia wielu scen opiera się właśnie na rzezi czynionej przez żywych-inaczej albo na brutalnej walce z nimi, znikoma ilość czerwieni jest co najmniej nie na miejscu. Przez zbyt łagodne zobrazowanie filmowej apokalipsy, ciężko się nią tak naprawdę przejmować, a w związku z tym, specjalnie martwić się o los bohaterów. Nie pomaga, że jakkolwiek wiele scen ma w sobie duży potencjał dramaturgiczny, klimatycznie uderzając w odpowiednie tony, to jednak zawodzą realizacyjnie. Nie zdołano sprzedać napięcia. No ale to już rzecz względna, wiele osób na seansie wydawało się obgryzać z nerwów paznokcie, więc na niektórych najwyraźniej działa. Koneserzy gatunku pozostaną jednak niewzruszeni.

Nietrudno jednak wywnioskować, że nie do miłośników filmów o zombie jest skierowany „World War Z”. Może i docenią rozmach wydarzeń, ale łagodny ton strony wizualnej pozostawi ich zniesmaczonymi. Marc Forster nakręcił typowego letniego blockbustera - bezpiecznego, nie kontrowersyjnego, przyjaznego rodzinnym wypadom do kina, zapewniającego solidną dawkę widowiska, umiarkowanie inteligentnego fabularnie, ale niewyzbytego głupotek, rozczarowującego poziomem grozy i napięcia, pozostawiającego odbiorcę w stanie emocjonalnego zawieszenia. Co nie znaczy, że jest to zły film. Nie odstaje poziomem od innych produkcji dla masowego widza, smuci jedynie, że miał w sobie potencjał na coś lepszego. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza