niedziela, 30 czerwca 2013

Przystanek INDIE: The Mystery of the Toynbee Tiles, Cut, Dyut meng gam

Powoli zaczynam się już przygotowywać (psychicznie) do kolejnego festiwalu Nowe Horyzonty (start 18 lipca). Na przełomie lipca i sierpnia możecie się więc spodziewać na blogu większego nasilenia wpisów o kinie niezależnym, tak w formie recenzji, jak i kolejnych odsłon Przystanku INDIE. Zanim jednak zacznę pisać o świeżych premierach ze świata kina arthousowego, postanowiłem jeszcze zasygnalizować istnienie trzech interesujących tytułach z ubiegłych lat, o których nigdzie dotąd nie wspominałem. Uwadze polecam szczególnie ten pierwszy.


Powstanie umarłych: Tajemnica płytek Toynbee (Resurrect Dead: The Mystery of the Toynbee Tiles)


Na ulicach dużych amerykańskich miast można napotkać na wbite w asfalt ceramiczne kafelki pokryte tajemniczymi napisami. Potocznie nazywa się je „płytkami Toynbee”. Dziwaczna nazwa jest zainspirowana zagadkowym przekazem zamieszczonym na większości płytek: Idea Toynbeego / W Kubricka 2001 / Powstanie umarłych / Na planecie Jowisz. Co to oznacza? Kto to robi? Dlaczego? Nie wiadomo. Jest to jedna z wielu amerykańskich miejskich legend, o której w Polsce zapewne mało kto słyszał. Znalazła się jednak trójka pasjonatów, którzy od lat wytrwale poszukują odpowiedzi na powyższe pytania. Trio domorosłych detektywów zainteresowało autora dokumentu, który podjął się opowiedzenia fascynującej historii wieloletniego śledztwa, żmudnego odkrywania kolejnych faktów, plotek i wydarzeń łączących się z płytkami, a w końcu wytypowania trojga podejrzanych. Nie jest to jednak tylko dokument o sprawie rodem z programu „Nie do wiary” (niejeden widz pewnie gotów pomyśleć, że to po prostu kolejny mocument, czyli zmyślona historia stylizowana na dokument), to również żywy dowód tego, jak wiele zmieniło się na świecie od chwili rozpowszechnienia Internetu. Autor płytek przez całe lata (ba, dekady) tworzył swoją specyficzną uliczną sztukę, niezauważany przez ludzi. Na pojedyncze płytki każdego dnia oczywiście natykały się dziesiątki ludzi, mało kto jednak przykładał do tego większą wagę, znikomy zaś procent wiedział, że ma do czynienia z fragmentem większej całości, zakrojonym na większą skalę projektem, którego ślady znajdywano na terenie całych Stanów Zjednoczonych, a nawet zagranicą. Dopiero za sprawą indywidualnych inicjatyw internautów, zaczęto płytki katalogować, analizować ich treść i dostrzegać w tym jakiś wzór. To internet nadał sprawie rozgłosu, a w ostatnich latach zainspirował nawet naśladowców, przez co ciężko już powiedzieć, które płytki są dziełem oryginalnego autora. No właśnie, naśladowców, ale czego? Tego dowiadujemy się z dokumentu, który dokładnie analizuje poszczególne elementy przytoczonego we wstępie przekazu i podaje przekonujące rozwiązanie całej zagadkowej sprawy, serwując wręcz na talerzu potencjalnego autora tejże zagadki. Fascynujący dokument o interesującej sprawie, która jest zadziwiająco słabo nagłośniona.



Cut    
   

Największy zeszłoroczny filmowy pean na temat miłości do kina. Główny bohater, Shuji, to swoisty azjatycki odpowiednik festiwalowego widza. Rozpacza nad zalewem komercyjnej papki zalewającej kinowe ekrany. Z rozrzewnieniem wspomina dzieła największych mistrzów kina. Na ulicy skanduje przez mikrofon hasła nawołujące do oglądania artystycznego kina. Wieczorami organizuje w swoim apartamencie pokazy filmowej klasyki dla podobnych mu pasjonatów. Jego żywot kinomaniaka-outsidera zostaje rozregulowany przez świat przestępczy. Jak się okazuje, bohatera, w twórczym spełnianiu się w roli reżysera artystycznych filmów, wspomagał finansowo brat, członek Yakuzy. Kino niezależne ma jednak to do siebie, że ciężko na nim zarobić. Krewniak niemożność spłacenia pożyczonych od szefostwa pieniędzy przypłacił życiem, przekazując tym samym dług bratu. Shuji znajduje dość osobliwy sposób na zebranie wysokiej kwoty w wyznaczonym terminie – zostaje ludzkim workiem treningowym, w który każdy może uderzyć za odpowiednio dużą opłatą. Proceder ten pozwala mu zebrać znaczną sumę pieniędzy, nie wystarczającą jednakże do spłacenia gangsterów. Po upływie kilku kolejnych, szybko mijających dni, staje się jasne, że nie wyrobi się w wyznaczonym terminie. Ostatniego dnia decyduje się więc na desperacki krok. Podejmuje się przyjęcia na twarz 100 ciosów i albo uda mu się zamierzenie doprowadzić do końca i uzbierać pieniądze, albo umrze próbując. W trakcie zbierania kolejnych razów wspomina sto najlepszych tytułów światowego kina (znalazło się miejsce i dla naszych rodaków, reprezentowanych przez Polańskiego i Kieślowskiego). Idea filmu jest dość karkołomna i wydumana. Etos bohatera cierpiącego w imię artystycznego kina może bawić, nie można jednak odmówić reżyserowi braku konsekwencji, scenariusz jest przemyślanym, dopracowanym i wyartykułowanym w dobitny sposób manifestem twórcy arthousowego. Dodatkowych wrażeń zapewniał charakter seansu w którym uczestniczyłem - podczas jednego z ostatnich dni festiwalu Nowe Horyzonty, zamiast zwyczajowo pękającej w szwach sali, na seansie siedziało około 20 innych zmęczonych dusz, których nie przeraziła wizja zwleczenia się z łóżka na poranny seans, zaprawiany kawą i napojami energetycznymi. Shuji byłby z nas dumny, może nawet pozwoliłby sobie w naszym imieniu przywalić kilka razy więcej po twarzy.


Życie bez zasad (Dyut meng gam)  
 

Światowy kryzys ekonomiczny okiem azjatyckiego reżysera. Mozaikowa, nie chronologiczna historia kilku mieszkańców Hongkongu w okresie największych zawirowań na rynkach finansowych. Johnnie To robi spacer po chińskiej metropolii, przyglądając się, jak globalna katastrofa giełdowa odcisnęła swoje piętno na różnych grupach społecznych. Bohaterów wybrał ze skrajnie różnych środowisk. Mamy przedstawicieli światka przestępczego, próbujących szczęścia w świecie ekonomii. Policjanta, na co dzień mierzącego się ze skutkami ich działalności, zmuszonego stawić czoła skutkom ryzykownych decyzji kredytowych żony. I w końcu przedstawicielkę bankowości, pracownicę niskiego szczebla, która w obliczu ryzyka utraty pracy, musi nakłaniać mało rozgarniętych klientów do zakupu niekorzystnych akcji wysokiego ryzyka. Poszczególne historie zazębiają się, reżyser dość swobodnie poczyna sobie z chronologią, zmuszając widza do uważnego oglądania, nie ułatwiając sprawy przez zasypywanie go specjalistycznym, ekonomiczno-bankowym żargonem. Cierpliwi i uważni zostaną nagrodzeni przemyślaną, wciągającą, moralnie niejednoznaczną fabułą, która w odróżnieniu od większości angielskojęzycznych fabuł postkryzysowych, nie epatuje lewackim myśleniem, zabarwiona jest natomiast charakterystycznym dla azjatyckiego kina klimatem lekkiego absurdu, który potrafi uderzyć znienacka, spuszczając z widza nieco powietrza.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza