piątek, 12 lipca 2013

The East - recenzja


Film ze sprecyzowaną wiekowo docelową grupą odbiorców. Obowiązkowa pozycja do obejrzenia dla każdego anarchizującego piętnastoletniego lewaka. Starsi, dojrzali emocjonalnie, widzowie, muszą się niestety przygotować na lekkie zgrzytanie zębami. Szczególnie, jeżeli są uczuleni na indoktrynacyjne kładzenie do głów antysystemowych tez, nawoływanie do walki z polityką korporacyjną, stawianie na sztandary ekologicznych haseł oraz piętnowanie niesprawiedliwości społecznej i cywilizacyjnych dóbr. Goń się XXI wieku!

U podstawy scenariusza „The East” leży kilkumiesięczna podróż badawcza dwójki osób. Jedna, Zal Batmanglij, jest reżyserem filmu. Druga, Brit Marling, aktorką wcielającą się w główną postać. Wspólnymi siłami naskrobali scenariusz i wyprodukowali film. Nie jest to ich pierwszy projekt. W 2011 stworzyli „Dźwięk mego głosu”, który zapewne kojarzą osoby, którym nieobce jest kino niezależne. Brit Marling w tym samym roku wyprodukowała jeszcze i zagrała (a wcześniej napisała scenariusz) w filmie „Druga Ziemia”, chwalonym przez zatwardziałych fanów sci-fi i krytykowanym przez resztę świata. Jak widać, duet jest aktywny twórczo, wyrazisty merytorycznie, ale nie znajduje raczej większego poklasku. Czy premiera „The East” coś zmieni w tej kwestii? Wątpię…

No nic, wracając do prac nad scenariuszem. Duet artystów, przygotowując się do jego napisania, wybrał się w wakacyjną podróż po Stanach Zjednoczonych. Jakkolwiek sielsko to nie brzmi, wyprawa była mało komfortowa, bo śladem wyrzutków społecznych, wskakujących do przejeżdżających pociągów towarowych, wyjadających przeterminowane jedzenie z supermarketowych śmietników i przejmujących opustoszałe rudery na tymczasowe hacjendy. Dwójka scenarzystów chyba spożyła w ich towarzystwie o jedną przeterminowaną szprotkę za dużo, bo ideologia płynąca z ekranu jest w najlepszych chwilach naiwna, w najgorszych, bełkotliwa.

Film natomiast, tragiczny bynajmniej nie jest. Historia jest dość wciągająca i pierwsza połowa zlatuje szybko. Fabuła opowiada o tajnej agentce, która na zlecenie wielkiej, złej korporacji (usługującej jeszcze większym kapitalistycznym świniom, trującym rzeki, sprzedającym szkodliwe lekarstwa i zanieczyszczającym oceany ropą), przenika do szeregów ekologiczno-anarchistycznej bojówki terrorystycznej The East, zajmującej się akcjami sabotażowymi firm, które wyrządziły szkody przyrodzie i ubogim ludziom. Po infiltracji grupy okazuje się, że są oni czymś pomiędzy sektą, a nawiedzonymi squatersami, walczącymi z burżuazją uciskającą biednych proletariuszy. Początkowo jest to nieszkodliwe, z pewną ironią, ale i fascynacją, obserwujemy nurkujących w śmieciach obdartusów, którzy wyszli od niegłupich idei i ewoluowali w ekstremę, którą trudno traktować z poważaniem. Problem w tym, że z upływem filmu staje się jasne, że scenarzyści nie tyle uznali tematykę za interesującą, co dali się uwieść ideologii i próbują ją sprzedać widzowi (a raczej wcisnąć łopatą).

Trzeba im jednak oddać sprawiedliwość, że przynajmniej próbują kreślić niejednoznaczny portret bohaterów, przedstawiając ich grupę jako twór niejednomyślny, dążący do różnych celów, niezgadzający się ze sobą i zniewolony również negatywnymi ludzkimi emocjami. Końcówka filmu jednoznacznie jednak pokazuje, że sympatia twórców jest po stronie naiwnych i nieco głupich postaw prezentowanych przez grupę The East, a jedyne co by w nich zmienili, to podążanie ścieżką przemocy. Wierzę, że wiele osób może to uznać za ujmujące, obawiam się jednak, że sam jestem już za stary, zbyt zblazowany i cyniczny, żeby nie wywracać oczyma na bohaterkę, która dla zaakcentowania słuszności sprawy, wygrzebuje ze śmietnika nadgryzione jabłko, które zaczyna ochoczo pałaszować na znak protestu przeciw marnowaniu żywności.

Wypadałoby wspomnieć, że film nieco zyskuje dzięki obsadzie. Brit Marling jest aktorką z potencjałem, stworzoną do cichszego, stonowanego kina niezależnego, ale jestem pewien, że i w gwiazdorskich hollywoodzkich dramatach obyczajowych odnalazłaby się bez problemu. Alexander Skarsgård ma zadatki na gwiazdę dużego ekranu, jest diablo przystojny, wysoki, charyzmatyczny, szkoda, że marnuje się w przeciętnych blockbusterach („Battleship”) i głupawej „Czystej krwi”, w której już trzynaście sezonów temu zepsuto jego, początkowo, bardzo fajnego, charakternego bohatera. Toby Kebbell natomiast, jest już raczej skazany na dożywotni drugi plan, o którym szybko się zapomina, ale za to jest w tym solidny. Jest jeszcze oczywiście Ellen Page w roli Ellen Page (aczkolwiek nieco uciekła od zwyczajowego zestawu gestów i manier) i niestety nieco przerysowana Patricia Clarkson, czyli Korporacyjna Zła Wiedźma.

Rozpisałem się, ku własnemu zaskoczeniu, a w zasadzie wystarczyło napisać - fajne patrzydło, które oceniłbym lepiej, gdyby nie wciskało mi na siłę naiwnej ideologii, skrojonej (chyba nieświadomie) pod osoby o mentalności piętnastoletniego buntownika.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza