piątek, 20 września 2013

Rush (Wyścig) - recenzja


Najlepszy film o wyścigach samochodowych od czasu… „Szybkiego jak błyskawica”? Tak jest, z niemałym zaskoczeniem odkryłem, że stunningowane potwory, którymi wozi się Vin Diesel i spółka, mogą dzielić i rządzić w box officie, ale przyziemne, realistyczne podejście do tematu, nigdy jakoś specjalnie nie zainteresowało Hollywood. Nie wiem, może się mylę, ale oprócz zbierającego bardzo niskie noty „Wyścigu” (2001) napisanego przez Sylvestra Stallone i wspomnianego wyżej filmu Tony’ego Scotta z roku 1990, który również nie został specjalnie ciepło przyjęty, nie kojarzę żadnego innego wartego uwagi tytułu. Sytuację ratuje nieco świetny „Senna” z 2010, no ale to film dokumentalny, więc się nie liczy. Najwyraźniej potrzeba było po prostu kogoś pokroju Rona Howarda, specjalisty od wyszukiwania interesujących autentycznych historii, a następnie przekuwania ich w trzymające za serce (a czasem za coś innego) fabuły filmowe.

Nie jestem wielkim fanem jego twórczości, bo to wyrobnik, któremu raz na ileś filmów trafi się coś naprawdę wartego uwagi. Zazwyczaj robi idealnie skrojone historie, o których prędko się zapomina. Na „Wyścig” jednak czekałem z podekscytowaniem. Znajoma pasjonatka motoryzacji, Angielka, która już od kilkudziesięciu lat z zamiłowaniem jeździ oglądać różnego rodzaju wyścigi samochodowe, słysząc zaledwie zarys fabuły, bez pudła rozpoznała bohaterów (nie kłopotałem się początkowo zapamiętywaniem ich nazwisk) i z podekscytowaniem opowiedziała mi o ich rywalizacji oraz o samych sportowcach. Taki entuzjazm może być zaraźliwy, zwłaszcza podparty wiele obiecującymi zwiastunami, ale może zakończyć się też dużym rozczarowaniem. Na szczęście w tym wypadku efekt finalny sprostał wygórowanym oczekiwaniom.


Howard opowiada o kilkuletniej rywalizacji dwójki kierowców wyścigowych sukcesywnie pnących się po szczeblach motoryzacyjnej kariery. Poznają się jeszcze na torach niższej dywizji, tzn. Formuły 3. James Hunt (Chris Hemsworth) jest Brytyjczykiem, wschodzącą gwiazdą torów wyścigowych, wypatrującym z utęsknieniem okazji do przeskoczenia do wymarzonej Formuły 1. Niki Lauda (Daniel Brühl), ambitny Austriak, nie wypatruje potencjalnych sponsorów, bierze sprawy we własne ręce i pożycza grube pieniądze, za które wkupuje się do jednego z zespołów, gdzie szybko wykazuje się nieprzeciętnymi umiejętnościami w podkręcaniu ustawień technicznych pojazdów, co zapewnia mu transfer do zespołu Ferrari. Jeden jest duszą towarzystwa, bawidamkiem, na którego ramieniu jest zawsze uczepiona jakaś piękna niewiasta. Drugi jest śmiertelnie poważny, obsesyjnie skupiony na rywalizacji, pewny swoich umiejętności, oschły w obyciu i jawnie demonstrujący swoją wyższość nad innymi. Pojedynek na torze tych przeciwstawnych charakterów podkręcał rywalizację, podniecał kibiców, wzbudzał zainteresowanie mediów, a po latach jest siłą napędową filmu.

Ron Howard podjął się niełatwego zadania równomiernego rozłożenia sympatii widza po obu stronach konfliktu. Niełatwego, bo w naturalny sposób staje się po stronie sympatycznego, przystojnego, błyskotliwego, rozrywkowego, ale nie tak znowu beztroskiego Hunta, który zdobywa serce w mgnieniu oka. Lauda jest gburowaty, pyszałkowaty, spięty i do bólu poważny. Jest antypatycznym typem, którego ceni się za umiejętności, ale ma ochotę kopnąć w tyłek, gdy tylko próbuje otworzyć usta. Nawet z wyglądu i wyrazu twarzy jest irytujący. A jednak, w miarę rozwoju akcji zaczynamy się nieco przekonywać do bezkompromisowego Austriaka. Bo nie sposób nie poczuć chociaż odrobiny sympatii do osoby, która po tak tragicznym wypadku (uwięziony w płonącym pojeździe został trwale oszpecony) wraca na tor po zaledwie kilku tygodniach bolesnej rekonwalescencji i praktycznie z miejsca deklasuje wszystkich konkurentów. Niezłomny hart ducha, zdecydowanie w dążeniu do wyznaczonego celu, ale i lekka przemiana wewnętrzna, przybliżająca go nieco bliżej istoty ludzkiej, sprawiają, że pod koniec filmu wprawdzie wciąż moje serce było po stronie Hunta, ale rozum uchylał kapelusza postawie Laudy. A czas zweryfikował czyje podejście do życia było owocniejsze. Hunt zmarł na atak serca w wieku 45 lat już w pierwszej połowie lat 90., Lauda robił natomiast (prawie 20 lat później) za konsultanta na planie „Wyścigu”.

Howard wiele czasu poświęca bohaterom, opowiadając równolegle historię drogi każdego z nich na szczyt, opisując przy tym obowiązkowe wzloty i upadki, ale oczywiście nie mogło w filmie zabraknąć miejsca dla tętniących adrenaliną scen wyścigów na torach Formuły 1. Kamera jest tutaj wszechobecna, pokazuje samochody od wewnątrz (włącznie z poruszającymi się tłokami i innymi częściami mechanicznymi) i od zewnątrz, jest w kabinie i na masce samochodu, na ziemi i w powietrzu. Jest wszędzie. Wrzuca nas w sam środek wydarzeń, zapewniając szaloną jazdę z niewyobrażalną prędkością. Adrenalina wprost tryska z ekranu, ale ani na moment nie dzieje się to kosztem realizmu. Wykorzystywane są też materiały archiwalne, w tym z feralnego wypadku Laudy, który najpierw oglądamy w formie zrekonstruowanej, by następnie mignął nam jeszcze na ekranie autentyczny materiał video.

Jeżeli musiałbym się już do czegoś przyczepić, to do konstrukcji fabularnej, która jest w zasadzie typową hollywoodzką historią biograficzną skupiającą się na bohaterach w najważniejszych latach ich życia, a resztę dopowiadająca w napisach końcowych. Ale cóż z tego, jak jest to rzemiosło najwyższej próby, wycyzelowane, przemyślane, poprowadzone pewną ręką, nierozwodnione niepotrzebnymi elementami, znajdujące idealny balans pomiędzy poprowadzonym z wyczuciem wątkiem dramatycznym a zaserwowanym z bezpretensjonalną lekkością wątkom humorystycznym . Technicznie godne Nikiego Laudy, emocjonalnie Jamesa Hunta.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza