sobota, 5 kwietnia 2014

Captain America: The Winter Soldier (Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz) - recenzja


Ostatni marvelowski film, „Thor: Mroczny świat”, okazał się być lekkim rozczarowaniem. Poprawnym, mało oryginalnym, przewidywalnym, szybko ulatującym z głowy blockbusterem, jakich wiele. Zdecydowanie jeden z najsłabszych tytułów powiązanych z „The Avengers”. Jak dobrze więc, że ich najnowszy film, „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, jest jednym z najlepszych jakie zrobili.

Trzeba to oddać Marvel Studios, nie boją się ryzykować, eksperymentują i pozwalają reżyserom na wdrażanie autorskich pomysłów. Kenneth Branagh postawił na - nieobcy mu - dramat rodzinny o szekspirowskim sznycie, Shane Black zaadoptował na potrzeby „Iron Mana 3” formułę buddy movie, a Joe Johnston odkurzył - opowiadając genezę Kapitana Ameryki - diesel punkową stylistykę, którą przed laty bawił się na planie „Człowieka rakiety”. W sequelu jego filmu zdecydowano się natomiast na stylistyczną woltę: opowiedzenie o superbohaterze w konwencji szpiegowsko-paranoicznego kina z lat 70. Mniam.

Bracia Russo, duet reżyserski stojący za nowym filmem Marvela, na liście inspiracji wymieniają jednym tchem takie filmy jak: „Francuski Łącznik”, „Ronin”, „Gorączka”, „The Raid”. Urywki z wyżej wymienionych tytułów były zresztą wielokrotnie odtwarzane ekipie realizacyjnej i stawiane za przykład tego, co bracia chcą osiągnąć na ekranie. Trzeba przyznać, że udało im się. „Zimowy żołnierz” jest pierwszym – od dawna - superbohaterskim filmem, który potrafi wciągać i emocjonować podczas scen akcji. Pewnie dlatego, że zamiast zwyczajowego pokazu fajerwerków komputerowych, przez większość filmu mamy stare, dobre, poczciwe sensacyjne kino akcji, nieco tylko zaprawione różnymi efekciarskimi gadżetami technologicznymi. Są więc dynamiczne pościgi, ładnie sfotografowane strzelaniny oraz czytelne, nieposzatkowane przez montażystę, pojedynki na pięści. Nie ma natomiast otumaniającego, przytłaczającego CGI i zbytniego folgowania sobie z rozmachem inscenizacyjnym. Przynajmniej do czasu finału, który jest już tradycyjnie bombastyczny i przesadnie rozwleczony.

To co jednak najbardziej cieszy w nowym filmie o Kapitanie Ameryce, to uczucie świeżości, czegoś nowego (chociaż tak naprawdę starego) w tej konwencji. W paranoiczno-szpiegowski klimat zanurzyłem się z ogromną przyjemnością, przymykając oko na drobne zgrzyty i umowności, radowałem się, że przez pierwszą połowę filmu naprawdę jest się ciekawym, dokąd to wszystko zmierza i co się dalej wydarzy. Pomimo licznych rewolucji i przenicowaniu tego, co wiemy o filmowej rzeczywistości, status quo zostaje w gruncie rzeczy nienaruszone, a wiążące się z tym twisty fabularne, są nimi tylko z nazwy, ale tym niemniej jest ogromna różnica w porównaniu z lwią częścią blockbusterów wycinanych według tego samego wzorca.

To co również cieszy, to jak zgrabnie osadzono ten film w marvelowskim uniwersum, jak bardzo obiecujące jest to co przyniesie przyszłość (pierwsza scena podczas napisów końcowych), stałe rozszerzanie jego spektrum o kolejne elementy, po które twórcy sięgną w przyszłości (Doctor Strange), a nawet zwykłe mrugnięcia do widza, związane nie tyle z aktorami, co z popkulturą (nawiązanie do Pulp Fiction). A co najważniejsze, jest to zrobione zgrabnie, niewrzucone na siłę, po prostu zaserwowane z diabelskim błyskiem w oku zauważalnym jedynie przez „wtajemniczonych”.

Nie wiem co więcej można by jeszcze o filmie napisać, oprócz tego, że uspokoił mnie. Na tzw. „drugiej fazie”, czyli serii filmów prowadzących do przyszłorocznej premiery „Avengers: Age of Ultron”, dość często wiesza się psy. Najnowszy film Marvela udowadnia, że niesłusznie, oni naprawdę zdają się mieć to wszystko przemyślane, ktoś łebski czuwa pieczę nad całością przedsięwzięcia, ale przy tym pozwala reżyserom na sporo swobody twórczej, nakreślając jedynie kierunek w jakim mają podążyć. I za to chwała im wszystkim.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza