środa, 3 września 2014

Sin City: A dame to kill for (Sin City 2: Damulka warta grzechu) - recenzja


Od premiery filmu "Sin City" minęło już prawie dziesięć lat. Plotki o rychłej realizacji kontynuacji pojawiały się regularnie od przynajmniej ośmiu lat. Problemy z budżetem, innymi zobowiązaniami zawodowymi Rodrigueza oraz trudność zebrania w tym samym czasie na planie filmowym gwiazdorskiej obsady z poprzedniego filmu, wstrzymywały jednak ciągle pracę nad sequelem. Mogłoby się więc wydawać, że tyle czasu powinno wystarczyć na dopracowanie przynajmniej fabuły filmu. Otóż nie. "Sin City 2: Damulka warta grzechu" sprawia wrażenie kontynuacji skleconej w dużym pośpiechu na kolanie.

Zaczyna się nawet obiecująco, bo przyjemnie jest znowu oglądać na dużym ekranie neo-noirową millerowską stylistykę, usłyszeć ponurą narrację z offu i zanurzyć się głęboko w grzesznym mieście Franka Millera. Pierwsza połowa filmu zlatuje niezauważenie, historia wciąga i ma zadowalające tempo, duet reżyserski wprawdzie niezbyt zgrabnie żongluje nowelami (niestety nie zdołano odtworzyć przemyślanej kompozycji fabularnej poprzedniego filmu), no ale historie same w sobie są zadowalające. Do czasu.


W połowie filmu widz z paniką odkrywa, że reżyserzy najprawdopodobniej wyłożyli już wszystkie karty na stół, w rękawie nie pozostał im już raczej żaden as i nawet nie próbują tego zatuszować blefowaniem. Daleko im więc do wytrawnych graczy, bliżej raczej do przeciętnego kierowcy, który pędzącym i furczącym samochodem wpada nagle na dziurę w drodze, zostaje wybity z rytmu i już nie potrafi powrócić do poprzedniego, stabilnego, szybkiego tempa jazdy. Film nie jest długi (102 minuty z napisami końcowymi), a i tak od pewnego momentu zaczyna sprawiać wrażenie sztucznie rozciągniętego.

Historię tytułowej Damulki przydałoby się trochę skrócić, bo pod koniec zaczyna lekko nużyć i nie pomaga nawet - tradycyjnie bardzo dobra - Eva Green, ochoczo biegającą w negliżu w co drugiej scenie. Stworzony na potrzeby filmu wątek Johnny'ego (Joseph Gordon-Levitt) jest ogromnym rozczarowaniem, bo to daremna opowiastka, która obiecujący wstęp marnuje kiepskim finałem pozbawionym klimatu i pazura.

Najgorsze jednak zostawiono na koniec, bo film zamyka opowieść o dalszych losach Nancy Callahan. Popadająca w obłęd i alkoholowe uzależnienie nastoletnia striptizerka, owładnięta żądzą zemsty i powoli dojrzewającą do popełnienia morderstwa z zimną krwią, jest materiałem na rasowe kino zemsty. Niestety trafił on w ręce nieudolnego duetu reżyserskiego i aktoreczki pozbawionej charyzmy oraz talentu. Jessica Alba nie jest w stanie pokazać bólu po stracie ukochanego, przekonująco odegrać metamorfozy jaką przechodzi jej bohaterka, przykuć widza do ekranu w momencie wymierzania sprawiedliwości, ani przekuć szerokiej gamy emocji jakie targają (według scenariusza) Nancy w ekspresyjne, poruszające układy taneczne na scenie, co ewidentnie próbowano osiągnąć. Nieskutecznie.


Na domiar złego, Miller i Rodriguez pogubili się w pokręconej chronologii swojej filmowej dylogii. Mając w pamięci wydarzenia z pierwszej części, szybko staje się jasne, że niektóre wątki sequelu nie mają sensu, bo pojawiający się bohaterowie powinni już nie żyć, a jedna postać uśmiercona w kontynuacji nie powinna w efekcie pojawić się w filmie sprzed kilku lat. Żenujący bałagan i partactwo przy pisaniu scenariusza. Rozczarowuje też, że nie wszyscy aktorzy powrócili do swoich ról. Niektórzy niestety zeszli już z tego świata i zrozumiałym jest, że trzeba było ich kimś zastąpić (Dennis Haysbert nie sprawdza się w roli Mamute), ale już podmiana Devon Aoki (Miho) na aktoreczkę pozbawioną cienia charyzmy, czy też (a raczej - przede wszystkim) brak w obsadzie Clive'a Owena (Josh Brolin w roli Dwighta - przed operacją plastyczną - jest strzałem w dziesiątkę, ale jego późniejsza, tragicznie się prezentująca, proteza twarzy była kretyńskim pomysłem) był dla mnie ogromnym rozczarowaniem.

W filmie "Sin City 2: Damulka warta grzechu" najbardziej brakowało mi jednak czego innego - dużej dawki pozytywnego szaleństwa oraz świeżych i emocjonujących pomysłów. Bynajmniej nie chodzi mi o stronę wizualną, która w oczywisty sposób straciła już sporo z dawnego efektu "WOW!" ale wciąż patrzy się na nią z przyjemnością. Mam raczej na myśli absencję odpowiedników takich zapadających w pamięci postaci jak Żółty drań i Kevin, niedostatek charyzmatycznych kreacji aktorskich na poziomie Benicio Del Toro i Clive'a Owena, odjechanych pomysłów fabularnych jak np. dialog z nieboszczykiem i wizualnych jak widok pełzającego Del Toro z wbitą w tyłek gwiazdką shuriken w kształcie swastyki oraz odwagi w operowaniu przerysowaną, acz dosadną, przemocą. No zwyczajnie zabrakło serca, pasji oraz kreatywnej energii jakie cechowały poprzedni film.

Wspomniałem już o tym kilka razy i napiszę raz jeszcze, koncept wizualny "Sin city" wciąż dopieszcza odbiorcę od strony estetycznej i to jest warte zobaczenia na dużym ekranie, ale czy to wystarczający powód do wybrania się na bardzo przeciętny film do kina? Obawiam się, że nie.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza