poniedziałek, 15 września 2014

The Guest - recenzja


David to sympatyczny młody człowiek. Po zwolnieniu ze służby od razu udaje się w odwiedziny do rodziny tragicznie zmarłego kolegi z wojska. Nienagannymi manierami, urokiem osobistym i imponującą pewnością siebie, szybko wkrada się w łaski domowników. Oferuje otuchę pogrążonej w żałobie kobiecie, zapewnia towarzystwo do kielicha dla jej męża, staje się idolem ich młodszego syna, któremu pomaga rozprawić się z prześladującymi go szkolnymi chuliganami, a córce zapewnia towarzystwo w nocnych eskapadach oraz przyprawia o rumieniec paradowaniem z odsłoniętym torsem i prężeniem nienagannej muskulatury. David jest więc wymarzonym gościem, pomaga uporządkować życie rodzinne, wyprowadza pogrążonych w żałobie i zagubionych życiowo domowników na prostą drogę, jest kumplem, wsparciem, mentorem, ostoją, zimnokrwistym psychopatycznym mordercą. Wait, what...?

W tajemniczym nieznajomym od samego początku jest coś dziwnego. Nad każdym roztacza swój urok, instynktownie potrafi "dostroić" się do każdej osoby i zapewnić idealnego towarzysza, ale w jakiś przedziwny sposób pozostaje w tym naturalny, cały czas jest to ten sam facet, a jednak genialne operowanie niuansami charakterologicznymi w kontaktach z innymi, czyni go osobą "dla wszystkich". Maska opada dopiero, gdy jest pozostawiony sam sobie, wtedy zanika sympatyczny David, a jego miejsce zajmuje osobnik, którego oczy są zapowiedzią terroru. Ale tego nie ujrzy nikt, to głęboko skrywana tajemnica. Nawet dokonując mordów pozostaje tym samym sympatycznym facetem, tak jakby do ostatniej chwili dbał o uwodzenie swych ofiar. A może chodzi o widza, który do samego końca ma nadzieję, że jest racjonalne wytłumaczenie dla dokonywanych przez Davida zbrodni, kurczowo trzymamy się nadziei, że w jego interesie leży tylko dobro rodziny, że w rozwiązaniu zagadki jego przeszłości tkwi jakaś recepta na lepsze jutro.


To film zdominowany przez jednego aktora, Dana Stevensa. Partnerują mu utalentowani artyści, ale to jego charyzmatyczna, pierwszoplanowa kreacja, jest siłą napędową historii, to w jego bohatera wpatrujemy się zafascynowani i razem z filmową rodziną ulegamy sile jego uroku, z podekscytowaniem wypatrując finału historii i odpowiedzi na nurtujące pytania. Ogromnym rozczarowaniem jest więc, gdy w końcu okazuje się, że odpowiedzi są dość banalne w swej przewidywalności. Oczekiwałem zakończenia, które zmiecie mnie z fotela, uderzy z zaskoczenia na odlew, zaszokuje albo zaimponuje jakimś brawurowym pomysłem. Tymczasem moje wybujałe nadzieje zostały ostudzone wiadrem zimnej wody, bo reżyser zaserwował finał rodem z kolejnego sztampowego thrillera o psychopacie, doprawiając to stylistyką muzyczno-wizualną zerżniętą z "Drive".

Nie było to wielkim zaskoczeniem, bo inspiracje filmem Refna były zauważalne od samego początku. David to niemalże kopia wizerunku wykreowanego przez Ryana Goslinga - cichego, małomównego, ale przy tym emanującego charyzmą i pewnością siebie, przystojnego, postawnego blondyna. Dopiero jednak w zestawieniu z finałem staje się jasne, jak bardzo twórca "The Guest" był zapatrzony w film duńskiego reżysera. Nie można mu jednak zarzucić, że jego film jest tylko odtwórczą kalką, wręcz przeciwnie, bo wypełniony jest ciekawymi pomysłami i chęcią autorskiej zabawy konwencją (co już było zauważalne w nie do końca udanym "You're next").


Adam Wingard jednak wciąż jest twórcą poszukującym własnego stylu. "The Guest" jest krokiem w dobrym kierunku, popisem nienagannego operowania rzemiosłem, dowodem na to, że reżyser ma ciekawe pomysły, potencjał i ambicję, ale jeszcze brakuje mu doświadczenia potrzebnego do oszlifowania filmowego brylantu. Na razie więc otrzymaliśmy tylko (i aż) odpowiednik diamentu, jeszcze nie obrobiony, wymagający dopracowania, usunięcia niedoskonałości, w rękach jubilera z doświadczeniem nabrałby cech szlachetnych, ale w tym momencie jest jedynie błyskotką z potencjałem. Dowiadujemy się z tego jednak istotnej informacji, warto poświęcić uwagę kolejnym projektom Wingarda, może nas jeszcze w przyszłości czymś powalić na kolana...




0 komentarzy:

Publikowanie komentarza