sobota, 6 czerwca 2015

Spy (Agentka) - recenzja


Słysząc sformułowanie: „nowy film z Melissą McCarthy...” momentalnie zamykam oczy, zatykam uszy, obracam się na pięcie i odchodzę krzycząc: „La-La-La-La, nie chcę tego słyszeć!”. Ludzie się czasem dziwnie patrzą, zrobili nawet o mnie materiał dla Dzień Dobry TVN, ale nie zdecydowali się wyemitować, zastąpili reportażem o koniu, który tańczy do "My Słowianie". No dobra, czasem nawet coś z nią obejrzę. Zdarza się, że gra w przyzwoitych komediach, ale premier kinowych raczej unikam, za duże ryzyko. „Agentka” miała jednak na tyle dobre recenzje, że bez większych oporów wybrałem się do kina.

Czy warto? No cóż, to w zasadzie grzeczniejsza wersja filmu „Kingsman: Tajne służby” sprzed kilku miesięcy. Mniej obrazoburcza i odważna w reinterpretowaniu kina szpiegowskiego, ale również nie unikająca wulgaryzmów i zaskakującej, jak na amerykańską komedię, dawki przemocy. Podobnie jak u Vaughna sięga się tutaj po stylistykę klasycznego filmu o Jamesie Bondzie, rozpoczynając od nasyconego akcją prologu, w którym Jude Law może pobawić się w tajnego agenta (i całkiem nieźle mu to wychodzi), poprzez „bondowską” piosenkę, animowaną czołówkę i laboratorium testowe pełne bajeranckich gadżetów, na głowicach nuklearnych, które trzeba przechwycić, kończąc.

Sporo w tym dobrej zabawy, lekkich żartów, pomysłowych scen akcji oraz genialnego Jasona Stathama. A no właśnie, dla samego Stathama było warto przejść się na to do kina. Brytyjczyk pobawił się rolą, kreując nieco karykaturalnego, chwilami przygłupiego, ale bezbłędnie zabawnego tajnego agenta. Tego samego nie można niestety powiedzieć o Rose Byrne, która przedobrzyła w środkach wyrazu i nie do końca wstrzeliła się w klimat filmu ze swoją przesadnie karykaturalną kreacją czarnego charakteru. A McCarthy? Strzał w dziesiątkę, to chyba najlepsza jej rola od występu w filmie "Druhny", żarty "sprzedaje" z lekkością, jej bohaterka szybko zdobywa sympatię odbiorcy, a do tego zaskakuje tym, jak naturalnie radzi sobie w scenach akcji. Podszyte są one oczywiście humorem i zrobione z małym przymrużeniem oka, ale pościg na skuterze, czy też późniejsze mordobicie w kuchni, przy użyciu patelni i wielu narzędzi ostrych, to kawał porządnego kina akcji.

Bardzo pozytywna niespodzianka - solidna komedia, dobra rozrywka, zgrabnie sklecona historia, którą ogląda się z zainteresowaniem, nienachalny humor (no, tak szczerze mówiąc, to różnie z tym bywa) i fajne kreacje aktorskie. Takim filmom z Melissą McCarthy mówię zdecydowane - TAK!


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza