piątek, 5 czerwca 2015

Insidious: Chapter 3 (Naznaczony: rozdział 3) - recenzja


Ehh, a miałem tego nie oglądać. O wszystkich wadach i zaletach dwóch pierwszych części tej przereklamowanej serii pisałem TUTAJ. To była moja szansa na zakończenie znajomości z nią. Nie było żadnego powodu, żeby uczynić inaczej. Wątek rodziny Lambertów został zamknięty, zwiastuny nie zapowiadały nic ciekawego, byłem usprawiedliwiony, mogłem zignorować istnienie kolejnego przeciętnego horroru. Dlaczego tego nie zrobiłem? Why? Oh, why!? Bo przechodziłem akurat koło kina, a film zaczynał się za kilka minut... Ehh.

No dobra, byłem też ciekaw tego, czy jest jakiś pomysł na dalszy rozwój serii, może znowu - jak w drugiej części - ugryziemy wydarzenia z innej strony, albo twórcy zaproponują nam zupełnie nowe, interesujące podejście do tematu. Nie, nie i nie. Wielkie nie. A raczej NIC. Fabuła jest zła, ale to tak bardzo, bardzo zła. Przemielono w niej wałkowany już do znudzenia wątek rodziny maltretowanej przez siły nieczyste oraz pomagającej im specjalistki od mrocznego mambo-jambo z pretekstową historią o wdowcu usiłującym wychować dwójkę dzieci. Historia jest nudna i niczym w pornolu, sprowadza się w zasadzie do zapychacza pomiędzy kolejnymi scenami akcji. Znaczy się scenami grozy. Czy też raczej "grozy".

Czego by nie mówić o filmach Jamesa Wana, to miewał błyskotliwe przebłyski i w operowaniu nastrojem grozy chwilami wskakiwał na mistrzowski poziom. Sporo tam było również prymitywnych jumperów, którymi gardzę, ale nie brakowało też gęstej atmosfery. W trzeciej części natomiast może i jest gęsto, ale od schematów oraz wtórnych metod straszenia. Jumpery przewidywałem z dokładnością co do sekundy, pomysłu na straszenie widza tutaj nie ma, wrzuca się po prostu motywy zerżnięte z poprzednich części oraz dziesiątek innych horrorów.

Film do tego wygląda tanio. To akurat nie jest zaskakujące. Tania produkcja, duży zysk - to model, który rządzi współczesnym horrorem. Nie mogłem się jednak podczas seansu odpędzić od myśli, że to był wyjątkowo cyniczny skos na kasę odbiorców. Zagrany bez polotu, zrobiony bez serca, napisany na kolanie, wnoszący niewiele nowej treści do odcinkowej formuły serii (pewnie czwarty rozdział będzie reklamowany jako "właściwa" fabularna kontynuacja). Za taki serial, to ja dziękuję bardzo, ale chyba jednak nie skuszę się na śledzenie dalszych odcinków. No chyba, że akurat będę przechodzić koło kina, a film będzie się zaczynać za kilka minut...




0 komentarzy:

Publikowanie komentarza