niedziela, 12 czerwca 2016

The Right Stuff (Pierwszy krok w kosmos) - recenzja


Pierwszy krok w kosmos”, wypuszczony do kin w roku 1983, jest już dość zapomnianą produkcją, co jest dość haniebne, zważywszy na jakość filmu i jego wartość merytoryczną. Postanowiłem więc zrobić dobry uczynek w niedzielne popołudnie i napisać krótko o dziele Philipa Kaufmana, żeby w ogóle zasygnalizować jego istnienie. Jeżeli znacie i lubicie, to chwała wam, idźcie i nauczajcie znajomych, bo zapewniam, że zdziwicie się jak wiele osób spojrzy zagubionym wzrokiem, gdy wspomnicie tytuł.

Historia opowiada o dwóch istotnych momentach z ubiegłego stulecia: złamaniu bariery dźwięku oraz początków lotów załogowych w kosmos. Pierwszy rozdział filmu zabiera nas do końcówki lat 40. i pokazuje okupione życiem pilotów próby przekroczenia prędkości dźwięku, osiągnięcie przez jednego z nich wymarzonego Mach-1 oraz późniejsze ustanawianie kolejnych rekordów prędkości dźwięku, aż do osiągnięcia granic wytrzymałości pilotów i ówczesnych maszyn. Następnie skupia się na programie kosmicznym z lat 50. i wyścigu mocarstw w próbach podboju kosmosu. Inicjuje to wszystko misja Sputnika, czyli wyniesienie przez Rosjan na orbitę pierwszego sztucznego satelity, co powoduje panikę po stronie amerykańskiej. Owocuje to rozciągniętą na wiele lat historią przygotowań do lotu, wyczerpujących treningów i testów wytrzymałościowych jakie przechodzili astronauci, kolejnych niepowodzeń przy startach prototypowych rakiet kosmicznych, wysłania w kosmos pierwszej małpy, następnie człowieka, a w końcu pierwszych pełnych okrążeń ziemskiego globu.


Jest to bardzo interesujące, bo o ile nie brakuje filmów sci-fi o ludziach podróżujących w kosmos, to jednak powstało na ten temat zaskakująco mało produkcji wyzbytych elementów futurystyczno-fantastycznych. A nawet jeszcze mniej fabuł opartych na faktach historycznych. „The Right Stuff” natomiast jest kopalnią historycznej wiedzy, a przy tym wciągającą opowieścią, która nie zaniedbuje bohaterów, cierpliwie buduje bogate relacje pomiędzy nimi, rozciągając tym samym sieć emocjonalnych powiązań i przekonującej wspólnoty.

Film nie zestarzał się bardzo. Sceny w kosmosie oczywiście wypadają blado w zestawieniu z fenomenalną „Grawitacją”, a ograniczenia techniczno-budżetowe maskuje się (chwilami) niezgrabnym montażem, ale ciężko na to kręcić nosem, bo zrozumiałe jest, że pewnych rzeczy zwyczajnie nie szło obejść w pierwszej połowie lat 80. Zresztą, to tylko pojedyncze momenty zgrzytania zębami, podczas gdy większość filmu jest zrealizowana bez zarzutu, do tego stylowo, z pomysłem i rozmachem fabularnym.

No właśnie. Największe wyzwanie może stanowić długość filmu (prawie 200 minut) i gdyby scenariusz był pisany w dzisiejszych czasach to zapewne do kosza powędrowałby cały (a przynajmniej większość scen) wątek pilota Yeagera z lat 40., który jako pierwszy przekroczył prędkość dźwięku. Całe szczęście więc, że film powstał w ubiegłym stuleciu, bo to interesująca historia, która ładnie spina się tematycznie z opowieścią o astronautach. Szaleńcy, gotowi do ryzykowania życia w przestworzach, żeby tylko dokonać czegoś nieprzeciętnego i zapisać się w historii ludzkości, zamienili wprawdzie rodzaj pilotowanego sprzętu, ale do działania napędza ich ta sama ambicja, co ich odrobinę starszych kolegów pilotujących pierwsze samoloty ponadźwiękowe.


Nie bez znaczenia jest też wpływ jaki „Pierwszy krok w kosmos” miał na kino. Historia niesfornej załogi przygotowującej się do lotu w kosmos to niewątpliwe źródło inspiracji dla filmów takich jak „Armageddon”, zaś konstrukcja fabularna i sposób opowiadania o eksploracji kosmosu stanowiły później wzór dla Christophera Nolana przy pracach nad filmem „Interstellar”, czego zresztą brytyjski reżyser nie ukrywał.

Kończąc, warto wspomnieć jeszcze szybko o obsadzie, która jest niesamowita, chociaż większość nazwisk miała dopiero zaistnieć w świadomości odbiorców: Sam Shepard (nominowany do Oskara), Scott Glenn, Ed Harris (który ma na koncie jeszcze „Apollo 13” i… „Grawitację”), Dennis Quaid, Lance Henriksen oraz Jeff Goldblum. Wszyscy młodzi, pełni wigoru i gotowi na podbój Hollywood. Nikt tutaj nie odstaje, nie wszyscy dostali jednak wystarczająco dużo czasu ekranowego, żeby prawdziwie zabłysnąć. Szczególnie ujmujący jest młody Quaid, czarujący swym szelmowskim uśmiechem i bijąca od niego pozytywną energią. Chyba to właśnie on najbardziej zapada w pamięci po seansie, aczkolwiek to Harris i Shepard dostali najwięcej dobrych scen, co wykorzystali w pełni.

Jeżeli w jakieś leniwe niedzielne popołudnie, będziecie mieli do zagospodarowania trzy godziny z hakiem i zechcecie spożytkować to na coś niebanalnego, opowiadającego interesujący wycinek z historii XX wieku, a zarazem opartego na mocnych kreacjach aktorskich i dobrym scenariuszu, „The Right Stuff”, zgodnie z oryginalnym tytułem, będzie właściwym wyborem.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz