sobota, 8 października 2016

Luke Cage - pierwszy sezon


Nie wiem, czy to kwestia dawnej pasji do superbohaterskich komiksów, czy też Netflix robi to naprawę dobrze, ale za każdym razem wpadam w poważny ciąg oglądania, gdy udostępniają kolejny marvelowski serial. „Luke Cage” nie jest wyjątkiem, bo do wtorku obejrzałem wszystkie 13 odcinków z czego większość przez weekend.

Jest to niestety ich najsłabszy serial oparty na komiksach, ale pod kilkoma względami najlepszy. Od pozytywów więc zacznę. Już w pierwszym odcinku widać, że granica tego co dopuszczalne jest stale testowana przez Netflix. Mamy trochę golizny, sporo krwi i brutalności, a słowo „nigga” pada średnio 20 razy na jeden odcinek. W kinowym filmie ludzie z Marvela w życiu by sobie na to nie pozwolili, a przynajmniej jeszcze nie przez najbliższe kilka lat, ekipa odpowiedzialna za serial nie ma jednak takich oporów. I słusznie, nie widzę powodu dlaczego miałoby być inaczej. Od strony finansowej nie robi to żadnej różnicy jaką kategorię wiekową otrzyma serial dostępny w usłudze streamingowej, dlaczego więc nie robić tego dla odbiorcy dojrzalszego? Mam nadzieję, że w powstającym właśnie Punisherze granica zostanie przesunięta nawet jeszcze dalej, bo przecież jak nie w tym serialu to w którym innym?

Luke Cage został stworzony jako odpowiedź na zmiany społeczne i kulturowe w Ameryce drugiej połowy ubiegłego wielu, a zarazem był próbą spieniężenia popularności powstałego wtedy nurtu blaxploitation. Kultura czarnoskórej amerykańskiej społeczności była ważna w komiksie i stanowi największą zaletę serialu. Akcja osadzona jest w Harlemie, w dialogach przewijają się historyczne postacie, a w głośnikach stale goszczą czarne rytmy. Jest soul, r&b oraz oczywiście rap, bardzo dużo rapu. Wszystkie odcinki zatytułowano piosenkami duetu Gang Starr. Na scenie klubu - należącego do serialowego gangstera - występują tacy artyści jak Faith Evans, Raphael Saadiq i Jidenna. A do tego Adrian Younge (odpowiedzialny za soundtrack w „Black Dynamite”) oraz Ali Shaheed Muhammad (A Tribe Called Quest) skomponowali podkład muzyczny zanurzony w klimacie filmów blaxploitation.


I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że główny bohater jest pozbawiony wyrazu. Nie zrozumcie mnie źle, Mike Colter jest obsadowym strzałem w dziesiątkę, ale nawet charyzmatyczny aktor nie pomoże jeżeli postać jest mało ciekawa. A Cage cierpi na syndrom każdego niezniszczalnego bohatera, odbiorca jest spokojny o jego los, więc nie traktuje poważnie żadnego zagrożenia i problemu z jakim scenarzyści każą się zmierzyć herosowi. Czarnoskóry Superman jest do tego obdarzony nadludzką siłą, więc większość pojedynków jest mało atrakcyjna wizualnie. Cage jest w stanie powalić większość ludzi jednym machnięciem łapy, ewentualnie odepchnąć ich bez większych problemów na odległość kilkunastu metrów, dlaczego więc miałby się bawić w robienie szpagatów, fikołków i zadawać finezyjne ciosy? Można więc zapomnieć o wymyślnych choreografiach z Daredevila, nie miałoby to sensu, skoro do rozprawienia się z łotrem wystarczy jeden „liść” na twarz. Dość znaczące jest, że nerwowo w fotelu można się zawiercić jedynie w połowie serialu, gdy scenarzyści znajdują sposób na tymczasowe osłabienie postaci.

Dość rozczarowująca jest również galeria łotrów, których jest w sumie trójka, ale jeden z nich pojawia się dopiero w drugiej połowie sezonu, więc powiem tylko tyle, że jest przerysowany, słabo poprowadzony i szybko ulatuje z głowy. Obecny od samego początku Cottonmouth (znany z „House of CardsMahershala Ali) sprawia wrażenie postaci z potencjałem, ale gdy zaczyna zabijać własnych pomagierów, bo na przykład powiedzieli coś głupiego, to przestajemy traktować go poważnie, podobnie zresztą jak wcielający się w niego aktor, który niemiłosiernie szarżuje, ale mało w tym sensu i przemyślanego warsztatu. Najciekawsza z tej trójki jest chyba Mariah Dilard (Alfre Woodard), którą twórcy próbują kreować na postać skonfliktowaną emocjonalnie, niby dążącą do wprowadzenia pozytywnych zmian w Harlemie, ale z każdą kolejną podjętą decyzją (albo brakiem odpowiedniej reakcji na działania innych) pogrążającą się bardziej w moralnym ścieku w którym od lat egzystuje jej kuzyn. Pomysł zacny, ale słabo wykonany, bo nawet przez moment nie wierzymy, że w postaci rzeczywiście istnieje wewnętrzny moralny konflikt. Nie ma porównania z cudownie niejednoznacznym Wilsonem Fiskiem z „Daredevila”. Z tej nieprzekonującej galerii łotrów w pamięci najbardziej zapada inna postać, sprytny pomagier całej trójki, nieustannie zmieniający fronty, cwaniacko uśmiechnięty, podstępny Shades, zagrany z lekkością - i chyba ze świadomością balansowania na granicy karykatury - przez Theo Rossiego (Juice z serialu „Sons of Anarchy”).

Serial zresztą dość często operuje elementami kina eksploatacji, ale najczęściej objawia się to w formie tragicznie napisanych dialogów, przy słuchaniu których na przemian zgrzyta się zębami i złośliwie rechocze. Ogląda się to jednak z przyjemnością, trzynaście odcinków zlatuje szybko, jest to wprawdzie pulpowa historia, która próbuje udawać coś poważniejszego, ale w sumie tkwi w tym pewien urok. Cage jest niestety zbyt nudną postacią, żeby obdarowywać go kolejnymi solowymi sezonami, ale jeżeli powróci do właściwej mu roli bohatera drugoplanowego, ewentualnie połączy się go w duet – wzorem komiksowej serii – z Dannym Randem (Iron Fist), którego telewizyjne wcielenie poznamy w przyszłym roku, to jeszcze wyciśnie się z niego coś ciekawego.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza