niedziela, 2 października 2016

The Girl with All the Gifts - recenzja


Ktoś zamawiał ekranizację „The Last of Us”? Proszę bardzo. Epidemia zombie? Jest. Przyczyna zarazy związana z grzybami? Jest. Przenoszenie choroby przez ugryzienie, ale i również zarodniki unoszące się w powietrzu? Jest. Zarażona dziewczynka, która może ocalić ludzkość? Jest. Wędrówki przez opustoszałe miasta, które zaczyna już porastać roślinność? Jest. Ludzie walczący między sobą o surowce? Je… a nie, przepraszam, tego nie ma. A więc zupełnie nie jak w „The Last of Us”!

Film Colma McCarty’ego różni się wystarczająco na poziomie szczegółów i elementów fabuły, żeby reżyser nie musiał obawiać się pozwu sądowego od wydawcy fantastycznej gry, ale wizualnie, fabularnie i klimatycznie był niewątpliwie mocno zainspirowany produkcją Naughty Dog. Oczywiście można go bronić, że film jest przecież ekranizacją książki, ale po pierwsze, literacki oryginał również wyszedł po premierze gry (równo rok później, więc trochę mało czasu, żeby będąc jeszcze pod wpływem zabawy przy konsoli, napisać, zredagować i wydać książkę, ale wiele elementów autor mógł zaczerpnąć z materiałów przedpremierowych, a inne dopisać do surowej wersji książki już po zagraniu na konsoli), a po drugie, przecież to wcale nie oznacza, że kluczem stylistycznym i klimatycznym przy adaptowaniu tego na duży ekran nie mogła być właśnie gra.

W żadnym wypadku mi to jednak nie przeszkadzało! Bynajmniej, obserwując bohaterów przemykających „na paluszkach” obok reagujących na dźwięki zarażonych i przemierzających opustoszały Londyn, pokryty lianami, mchem i inną roślinnością – poczułem się jak w domu. Uwielbiam „The Last of Us” i lepszej ekranizacji nie mógłbym sobie wymarzyć. Film jest mroczny, ponury, brutalny, pesymistyczny, mała nadzieja podąża w parze z uczuciem goryczy i moralnego kaca, dziecięca naiwność jest przeciwstawiana okrutnym zwierzęcym instynktom, a dorośli są zrezygnowani, bo już dawno temu pogrzebali delikatne uczucia i świat odbierają w sposób szorstki, cyniczny, pozbawiony złudzeń. Całości dodatkowego smaczku dodaje miejsce osadzenia akcji i lokalni aktorzy. Paddy’ego Considine’a nie trzeba zachwalać, podobnie jak i Gemmę Arterton, ale również pojawiający się na drugim planie mniej znani brytyjscy aktorzy robią dobrą robotę, a wcielająca się w tytułową dziewczynkę, młodziutka Sennia Nanua, jest doskonała. A, no i jest jeszcze jedna Amerykanka w obsadzie, może słyszeliście o niej kiedyś – Glenn Close. Całkiem niezła aktorka. He he he… ekhm.

The girl with all the gifts” to przyjemny przykład filmu, który zaczyna się od intrygującego wprowadzenia, nie przestaje zaciekawiać przez następne kilkanaście minut, im dłużej trwa, tym bardziej rozszerzają się nam źrenice i wzrasta nadzieja, że wyjdzie się z kina zachwyconym, ale zarazem obawa, że twórca wszystko spieprzy w finale, który zaprzeczy budowanemu przez całą historię nastroju beznadziei i schyłkowości cywilizacji, jaką znamy obecnie. Nie zaprzecza, finał jest idealny, wynika naturalnie ze ścieżki jaką przeszły postacie, pieczętuje ewolucję młodej bohaterki, pokazuje, że dojrzała, poznała świat, doświadczyła go, wyciągnęła z tego naukę i wykorzystała tę wiedzę. Bardzo dobry film, jeden z najlepszych, jakie widziałem w tym roku w kinie.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza