niedziela, 11 grudnia 2016

Grindhouse: Death Proof - recenzja


Death Proof” był bolesnym doświadczeniem dla Quentina Tarantino, bo kiepski wynik finansowy uświadomił mu dobitnie, że widownia nie zawsze podąży ślepo w każdym kierunku, jaki postanowi on obrać i niektóre jego filmowe obsesje zwyczajnie nie mają szans na trafienie do publiczności masowej. Nigdy do końca nie rozumiałem, dlaczego ten projekt tak bardzo nie wypalił, bo przecież narzekają na niego nawet fani twórczości wygadanego reżysera. Problem filmu leżał chyba w tym, że nie był bliższy stylistyce „Planet Terror” (czyli drugiej połowie grindhouse’owego dyptyku), stanowiąc coś pośredniego pomiędzy pierwszym aktem taniego slashera, b-klasowym thrillerem, a samochodową rozpierduchą.

Rodriguez zaprezentował zupełnie inne podejście, bardziej szalone, przegięte, bezpretensjonalnie krwawe i z dużym przymrużeniem oka. Była to rzecz zwyczajnie bliższa idei grindhouse’u, a przynajmniej tego, co masowy odbiorca rozumie przez ten termin. Ludzie chyba właśnie tego spodziewali się po „Death Proof”, które w dystrybucji osobnej (bo w USA oba filmy pokazywano razem w wersjach nieco krótszych jako „double feature) pojawiło się jako pierwsze. A tymczasem otrzymali dwie historie o rozgadanych babach, zakończone wbijającymi w fotel sekwencjami samochodowymi. I chyba z tym rozgadaniem widownia miała największy problem, bo pierwszy raz (bynajmniej nieostatni w jego karierze) używano tego jako głównego zarzutu przeciwko filmowi Tarantino. Osobiście uważam, że osoba narzekająca na przegadanie w przypadku Quentina, zwyczajnie nie czuje jego stylu i chyba powinna zadać sobie pytanie, czego tak w zasadzie oczekuje po kolejnych filmach Tarantino. Miałaby zmienić się jego wrażliwość? Miałby porzucić swój język, osobisty sposób opowiadania historii, który nie tylko jest elementem rozpoznawczym, ale też stylem w jaki kodyfikuje historie, instynktownie ciosając je według wzorca, jaki narzuca mu scenopisarski instynkt. Miałby przestać temu ufać? Zarzucić styl, który wyniósł go na sam szczyt? Bezsensu.


Zresztą, co z tego, że bohaterowie gadają jak najęci, skoro jest to napisane tak błyskotliwie, zrealizowane z takim polotem, odegrane zawsze bez zarzutu, ma fantastyczny rytm, jest przykuwające uwagę, czasem rozbawiające, a czasem dające do myślenia, albo uczące czegoś. W skrócie - zrobione z głową i starannie przemyślane. Nie wspominając już o tym, że Quentin zawsze nagradza naszą cierpliwość, gdy już wysłuchamy słownych tyrad jego bohaterów, dostajemy w zamian pierwszorzędnie zrealizowane sceny akcji. A „Death Proof” to prawdziwa maestria samochodowej pornografii. Od strony realizacyjnej prawdziwy majstersztyk, który czerpie garściami z genialnego pomysłu zatrudnienia kaskaderki (przeurocza Zoë Bell) w jednej z głównych ról. Rzeczy, które ta kobieta wyrabia na masce rozpędzonego samochodu, pozostawiają mnie w szoku przy każdym seansie. Oglądając to pierwszy raz, na dużym ekranie, musiałem zbierać szczękę z podłogi.

„Death Proof” to w zasadzie dwa filmy w jednym, bo obie połowy spaja osoba Stuntman Mike’a (fantastyczny Kurt Russell), ale znacząco różnią się one klimatem i stylem. Pierwsza połowa jest statyczna niemalże do samego końca, lwia część wydarzeń odbywa się w tym samym miejscu, jest dialog, dialog, i jeszcze raz dialog. Poznajemy bohaterki, poznajemy Mike’a, słuchamy wpadających w ucho piosenek, na zewnątrz jest ciemno i leje, wewnątrz równie ponuro, bo siedzimy wewnątrz obskurnego baru, alkohol się leje, kobiety się bawią, faceci próbują je zaliczyć, a Mike obserwuje to wszystko z uwagą. Początkowo trzyma się na uboczu, żeby w końcu zainicjować kontakt i przez resztę wieczoru robić za coś pomiędzy dziwacznym kuriozum w obciachowej kurtce, a wzbudzającym niepokój gościem ze szpetną blizną i mrocznym samochodem. Gdy w końcu pokazuje swoją prawdziwą twarz, kończy się to rozsmarowaniem dziewczyn na krwawą miazgę. Dlaczego? Cholera wie, pewnie ma nierówno pod sufitem, może ma to coś wspólnego z seksualną fiksacją (jak sugeruje znany z pierwszego Kill Billa, Earl McGraw), a najpewniej to właściwą odpowiedzią jest – bo tak.

Druga połowa to już zupełnie inna para kaloszy. Bohaterkami są dziewczyny pracujące w przemyśle filmowym, aktorka, dwie kaskaderki, makijażystka. Widać, że się dobrze ze sobą dogadują, lubią spędzać razem czas, nie robią tego, bo wychowywały się w jednym miejscu i już zwyczajnie przywykły do swojej obecności, tylko połączyły ich podobne zainteresowania. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim Zoë Bell i Kim, mających fioła na punkcie „męskich” rzeczy: samochodów, kaskaderskich wyczynów i klasyków kina sensacyjnego. Abernathy (Rosario Dawson) jest głosem rozsądku, dobrą kumpelą, z którą niekoniecznie pójdzie się kraść konie, ale za to bez wahania opowie się jej później o tym przy kielichu. Co nie znaczy, że nie próbuje wkraść się w ich łaski i dołączyć do klubu koniokradów. Jedynie Lee (Mary Elizabeth Winstead) odstaje od tego towarzystwa, widać, że jest tam trochę przypadkiem, bo razem pracują i akurat miała wolne w tym samym czasie. Reszta dziewczyn robi sobie z niej niewinne żarty, ciągle ją podpuszczają, traktują wprawdzie z sympatią, ale i również bez oporów porzucają, gdy musi na kogoś paść.


Pierwsza połowa filmu była w dużej mierze mroczna, druga jest skąpana w słońcu, radosna, bohaterki przeżywają kilka minut horroru, ale szybko odwracają sytuację na swoją korzyść. Gdy tylko mają szansę się odgryźć, wpakowują Mike’owi kulkę w ramię, następnie przypuszczają na niego szturm, tłuką metalowym prętem, dominują na drodze, żeby w końcu już totalnie pozbawić go męskości spuszczając mu solidny łomot. Tarantino rozkoszuje się tym finałem, pokazując jak żałosną kreaturą jest drogowy bandzior, konsekwentnie obdzierając go z godności oraz tajemniczości. Zmuszony do defensywy traci zimną krew, a zraniony łka jak mały chłopczyk. Zadarł z niewłaściwymi kobietami i zostanie przez nie postawiony do pionu, a następnie powalony do poziomu. Ku ogromnej uciesze widza.

Jestem w stanie zrozumieć negatywne opinie na temat „Death Proof”, a raczej wskazać przyczynę tychże i zaakceptować to, ale zarazem buntuję się wewnętrznie za każdym razem, gdy natrafiam na opinię, że jest to poważna wpadka w filmografii Tarantino. Jak coś tak z takimi scenami pościgów samochodowych, z tak niesamowitymi wyczynami kaskaderskimi, taką stroną techniczną tychże, z tak fajnie napisanymi i odegranymi postaciami kobiecymi porozumiewającymi się ze sobą tak zgrabnymi dialogami, może być uznane za wpadkę. No nie. Nie może.

Nie.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza