niedziela, 11 grudnia 2016

The Birth of a Nation (Narodziny narodu) - recenzja


Ogromne rozczarowanie. Od stycznia czekałem na możliwość zobaczenia tego filmu. Spodziewałem się, że zostanę zmiażdżony emocjonalnie, zamiast tego zostałem przytłoczony ogromnymi pokładami nudziarstwa. Obawiałem się, że kontrowersyjna przeszłość reżysera, o której było głośno kilka miesięcy temu, pogrzebie oskarowe szanse dobrego filmu. Dziś cieszę się, że dzięki temu unikniemy nagrodzenia przeciętnego filmu, który opowiada o ważnym temacie, a trzeba będzie przecież w przyszłym roku jakoś podratować sytuację po tegorocznej oskarowej drace.

Jedno trzeba przyznać – Nate Parker włożył w ten projekt serce i poświęcił się mu bez reszty. Napisał scenariusz, wyreżyserował, wyprodukował i wystąpił w głównej roli. Zajęło mu to siedem lat, nikt nie chciał sfinansować projektu, Parker jednak się nie poddawał, nie przyjmował innych aktorskich ofert, w projekt włożył własne oszczędności i po entuzjastycznym przyjęciu po pokazach w Sundace wyglądało na to, że się opłaciło. Fox Searchlight wyłożył rekordową sumę 17.5 milionów dolarów na prawa do dystrybucji kinowej. Wtedy wydawało się, że jest to śmiała, ale zrozumiała decyzja. Obecnie zarząd rwie sobie zapewne włosy z głowy.

Film Nate’a Parkera pojawił się w idealnej chwili, bo trwała właśnie dyskusja o nadreprezentacji białych artystów w wyścigu oskarowym. "Narodziny narodu" przyjęto entuzjastycznie, krytycy chwalili, zwiastuny zachęcały, a ekipa szykowała już wolne miejsca na swoich półkach z trofeami dla statuetek Złotego Rycerza. Niestety Parker zapomniał, że w show-biznesie prędzej czy później dopadnie człowieka przeszłość, zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie. I tak się stało, bo ktoś przypomniał o tym, że w roku 1999 reżyser był oskarżony o gwałt. Co gorsza, drugim oskarżonym był współscenarzysta filmu, Jean Celestin. Parker został uniewinniony, Celestin skazany na więzienie, ale wyrok został unieważniony. Co więcej, odkryto jakiś czas później, że ich ofiara cztery lata temu popełniła samobójstwo. Był to już praktyczny wyrok śmierci dla filmu.


I byłoby to niezwykle krzywdzące dla całej ekipy zaangażowanej w projekt, gdyby nie fakt, że jest on okropnie rozczarowującym filmem, który tyle szumu mógł narobić tylko wśród amerykańskich dziennikarzy, wciąż samobiczujących się za okropne zbrodnie swoich przodków. Nate Parker wgryza się w historię z energią małego jamniczka. Pierwsza godzina filmu, oprócz okazjonalnych przykładów bestialstwa białych ludzi, jest usypiającą opowieścią o życiu na plantacji bawełny. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że bywa to przeraźliwie nudne i mało porywające realizacyjne. Zdjęcia są ładne, scenografia i kostiumy dopracowane, ale Parker jest przeciętnym reżyserem, który wprawdzie potrafi opowiedzieć składną historię, ale nie ma pazura i wystarczającego talentu, żeby odcisnąć na niej swój ślad, wybić się ponadprzeciętność, zaszokować albo szczerze poruszyć. Za to potrafi czasem przywalić pretensjonalnością.

Najgorsze, że pomimo poświęcenia niemalże półtorej godziny filmu na opowiedzenie o codziennym życiu kilku białych i czarnych bohaterów, niektórych z nich śledząc na przestrzeni 20 lat, i tak w finale skończył ze zbieraniną postaci, których los jest obojętny widzowi. Parker dobrze kombinował, bo chciał przybliżyć klimat tamtych czasów, gdy nawet przyzwoity biały człowiek popełniał grzech protekcjonalnego traktowania czarnoskórej służby i odbierania ich jako istot podległych intelektualnie. Jeżeli coś zapada po filmie szczególnie w pamięci to właśnie drobne detale w zachowaniu czarnych aktorów na drugim i trzecim planie - uległość niewolników, różne ich tiki nerwowe i niezgrabności (na granicy paniki), gdy próbują odkryć, jak należy się w danej sytuacji zachować w obecności białego człowieka. Oczywiście nie będzie łatwo wyrzucić z głowy również obrazu zębów wybijanych dłutem, ale to zaledwie okazjonalny przykład dosadnej przemocy, która w filmie pojawia się w zaledwie kilku scenach. I jest to zaserwowane przez Parkera dość niezgrabnie, wybijając odbiorcę z dość sennego klimatu filmu, mając zapewne przypomnieć mu, że niewolnictwo oznaczało również takie bestialskie zachowanie. Brakuje w tym jednak konsekwencji, bo reżyser często ucieka w takich momentach z kamerą na bok, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce zaszokować odbiorcę, czy jedynie subtelnie zasygnalizować skalę okrucieństwa właścicieli niewolników.

I taki jest to właśnie film. Parker z mesjanistycznym zacięciem zabrał się za opowiedzenie o piekle niewolnictwa, na poziomie pojedynczych scen potrafi przyciągnąć uwagę odbiorcy, ale zabrakło mu talentu, żeby wynieść całość ponad poziom przeciętności, zbyt często osiada na mieliznach fabularnych, historia jest nierówna, wytraca tempo, bywa nudna, sztampowa i pretensjonalna. Szkoda. Liczyłem na więcej.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza