niedziela, 19 lutego 2017

Wściekłe psy, czyli o długiej drodze Tarantino na plan zdjęciowy "pierwszego" filmu.


Wściekły psy” zadebiutowały na festiwalu w Sundance, narobiły sporo szumu i objechały później jeszcze kilka innych istotnych festiwali (Cannes, Toronto) zanim trafiły w końcu do kin w październiku 1992, szybko umieszczając Quentina Tarantino pośród najważniejszych i najbardziej wpływowych reżyserów lat 90. „Wściekłe psy” zwróciły na niego uwagę krytyków i ludzi z branży, „Pulp Fiction” wywindował do roli gwiazdy współczesnego kina. Wbrew pozorom nie stało się to jednak z dnia na dzień, pracownik wypożyczalni kaset video nie rzucił pracy w piątek, żeby już w poniedziałek zacząć kręcić film z Harveyem Keitelem. Było to trochę bardziej skomplikowane i po drodze Tarantino nakręcił jeszcze kilka innych rzeczy, o których pewnie chciałby dziś zapomnieć.

Najbardziej znanym jest „My Best Friend’s Birthday”, którego scenariusz Quentin napisał wspólnie z Craigiem Hamannem, gdy jeszcze razem pracowali w Video Archives. Tarantino przyznaje, że było to bardzo źle wyreżyserowane i cieszy się, że mało kto widział cały film (połowa materiału została zniszczona w pożarze laboratorium, z oryginalnych 70 minut przetrwało zaledwie 36). Niektóre elementy fabuły wykorzystał później w scenariuszu „Prawdziwego romansu”. Jeżeli ktoś ma ochotę nadrobić „My Best...” to jest nawet dostępna wersja z polskimi napisami: KLIK.


W latach 80. Tarantino pracował w CineTel, specjalizującym się w tanich produkcjach filmowych, które trafiały od razu na rynek VHS. Quentin pomagał w poprawianiu scenariusza do film „Po północy”, w którym wystąpili tacy aktorzy jak Rutger Hauer, Clancy Brown, Natasha Richardson oraz młody Paul Giamatti. Okazał się być na tyle pomocny, że współproducentka Catalaine Knell zaoferowała umieszczenie jego nazwisko obok swojego w napisach tytułowych. Zważywszy na to, że wcześniej jego lista dokonań w branży ograniczała się do tytułu oficjalnego asystenta produkcji na kasecie z ćwiczeniami fizycznymi w wykonaniu Dolpha Lundgrena, był to niewątpliwie krok do przodu.

Na prawdziwy przełom musiał jeszcze poczekać kilka lat. W tym czasie zaczął dopracowywać to, w czym naprawdę był dobry, czyli pisanie scenariuszy. Początkowo nie zbijał na tym kokosów, bo scenariusz do „Urodzonych morderców” sprzedał za 30 tysięcy dolarów, co było absolutnym minimum, jakie dopuszczała wtedy Amerykańska Gildia Scenarzystów. Kolejny scenariusz sprzedał za niewiele więcej, bo 50 tysięcy. Szczęśliwym nabywcą był Tony Scott, z którym skontaktował go wspólny znajomy. Scott przeczytał dwa scenariusze Tarantino - „Wściekłe psy” i „Prawdziwy romans”. Bardziej zainteresowany był realizacją tego pierwszego, ale Quentin odmówił, tłumacząc, że zamierza go wykorzystać, gdy już w końcu zbierze pieniądze na własny „debiut” w roli reżysera filmu pełnometrażowego. Pieniądze zdobyte od Scotta miały mu w tym pomóc, bo film początkowo planował jako produkcję niskobudżetową, zrealizowaną na taśmie 16mm z wykorzystaniem znajomych w roli aktorów. Od samego początku planował obsadzenie samego siebie w roli Pana Różowego, a producenta Lawrence’a Bendera jako Eddiego Cabota. To właśnie za sprawą Bendera scenariusz trafił do rąk Harveya Keitela, który wyraził chęć wystąpienia w roli Pana Białego, co pomogło podnieść budżet filmu do półtora miliona dolarów.

Quentin Tarantino złożył wtedy aplikację na warsztaty filmowe organizowane przez Sundance Institute, gdzie wkrótce poleciał razem ze Stevem Buscemim, żeby na miejscu zrealizować sceny ze scenariusza pod okiem zawodowych twórców filmowych. Warsztaty trwały dwa tygodnie, a w połowie zajęć zmieniała się grupa filmowców, którzy czuwali nad niedoświadczonymi kolegami. Pierwsza grupa zupełnie nie rozumiała podejścia Tarantino. Nie podobało im się absolutnie wszystko, narzekali na każdy pomysł i przez cały czas otrzymywał od nich jedynie surową krytykę. Zmieniło się to w drugim tygodniu, gdy pracował już pod okiem takich twórców jak: Terry Gilliam, Monte Hellman, Stanley Donen, Volker Schloendorff oraz Robert Estrin. Nowa grupa momentalnie polubiła Quentina za jego entuzjazm, energię, zuchwałość, pomysłowość i talent do pisania soczystych dialogów. Młody reżyser zyskał nie tylko cenne wskazówki, ale nawet producenta wykonawczego, bo Hellman zdecydował się pracować dalej nad jego filmem.


Materiał nakręcony podczas warsztatów jest dostępny w sieci. Nie ma co się czarować, jest to rzecz bardzo amatorska, surowa w formie, ale widać, że zrobiona przez kogoś, kto jeszcze nie do końca wie jak, ale już próbuje wyjść poza nudne schematy i opowiadać obrazem w sposób świeży oraz atrakcyjny dla odbiorcy. Zresztą, zobaczcie sami: KLIK.

Półtora miliona dolarów było sumą większą, niż Tarantino początkowo planował, ale jak na standardy Hollywood to wciąż była śmiesznie niska suma. Chyba to głównie magia nazwiska Keitela pozwoliła zebrać całkiem niezłą obsadę złożoną z aktorów, którzy zaczynali już odnosić jakieś sukcesy zawodowe, ale wciąż byli wystarczająco tani, żeby nie nadwyrężyć niskiego budżetu. Tarantino odstąpił rolę Pana Różowego, którą odgrywał jeszcze podczas warsztatów w Sundance, obsadzając zamiast tego Buscemiego. Eddiem został w końcu Chris Penn, młodszy brat Seana. Oprócz tego zatrudnił jeszcze Michaela Madsena, który miał już na koncie występy w filmach Ridleya Scotta oraz Olivera Stone’a, a także brytyjskiego aktora Tima Rotha, który też zaliczył role w filmach kilku cenionych reżyserów (Robert Altman, Peter Greenaway, Agnieszka Holland).

Produkcja ruszyła z kopyta, film zgłoszono później na festiwal w Sundance, gdzie został przyjęty entuzjastycznie, aczkolwiek wywołał sporo kontrowersji scenami przemocy, następnie ruszył w podróż po festiwalach na całym świecie i… no cóż, reszta jest historią. Historią jednego z najważniejszych amerykańskich reżyserów ostatnich 30 lat.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza